Blokowisko

Adres: 3a/5

 

Justyna rzuciła plecak z książkami koło szafki z butami i przemykając przedpokojem do siebie, rzuciła nam niedbałe „cześć”.

– A obiad?! Lekcje?!– Zuzanna westchnęła i usiadła.- Co z tymi dziećmi się dzieje? Po szkole od razu leci do komputera i wiesz co?! Gada prze komunikator z koleżankami, z którymi dopiero co się rozstała po lekcjach! Z początku się kłóciłam, prosiłam, nakazywałam: najpierw zadania, później przyjemności.

– I…?

– Olewa mnie. Dobrze, że jest Tomek. Przychodzi ze szkoły koło piątej i bezceremonialnie wygryza młodą od klawiatury, inaczej w ogóle by się nie uczyła.

– A Tomek? Uczy się?

– Nie wiem kiedy, nie wiem jak, ale spokojnie przynosi trójki, czasem nawet czwórki, z informatyki jest orłem; nauczyciele się nie skarżą, więc daję spokój. I tak jest lepiej, odkąd rozstałam się z Grzegorzem. Kiedy z nami mieszkał, Tomek był nieznośny. Grzesiek nie uznawał innych metod wychowawczych, niż dręczenie i ciągłe kontrole, aż do przesady, zwłaszcza w ostatnich miesiącach przed rozstaniem – Zuzanna znów westchnęła i wyraźnie posmutniała.

Żal mi jej było. Przyjaźniłyśmy się od lat; wprowadziłyśmy się na Osiedle równocześnie i szybko poznałyśmy się, bo miałyśmy dzieci w podobnym wieku. Z pozoru byli z Grzegorzem przeciętnym małżeństwem, tak się wszystkim wydawało; ale do czasu. Kiedy uderzył Tomka po raz pierwszy, Zuzanna zachowała się zupełnie w nieprzewidywalny dla męża sposób – od razu mu się sprzeciwiła. Grzegorz zaczął się zmieniać, wzbierała w nim agresja. W końcu Zuza kategorycznie zażądała rozstania. Jej szwagierka wpłynęła na brata, by ten nie robił problemów. Później okazało się, że Grzegorz ma raka mózgu i to mogło mieć wpływ na jego zachowanie. Na leczenie było za późno; zmarł rok temu.

Szesnastoletni Tomek rozumiał sytuację, przeżywał wszystko bardzo, ale wiedział, że matka powinna mieć w nim oparcie. Trzynastoletnia Justyna miała nadal pretensje do ojca za jego agresywne zachowania; jego śmierć przyniosła jej widoczną ulgę. Wyjaśnienia dotyczące jego choroby zdawały się nie robić na niej wrażenia.

– Wejdę do niej – zaofiarowałam się. – Spróbuję pogadać.

– Spróbować można – zgodziła się Zuza. – Ale nie obiecuj sobie zbyt wiele; młoda może nie poświęcić ci zbyt dużo uwagi albo wręcz wyprosi cię z pokoju.

– Zaryzykuję – uśmiechnęłam się.

 

 

– Cześć, młoda.

– No… – Justyna machnęła ręką, nie odwracając wzroku od monitora.

– Co robisz?

– Gadam…

– Z kim.

– Z Kaśką, Gośką i Elką.

– Jeszcze się nie nagadałyście?

– Niby kiedy? Na lekcjach?

– Na przerwach.

– W tym hałasie? Nie da się – nastolatka wzruszyła ramionami.

– Dlaczego się nie umówicie na spacer?

Justyna odwróciła się i spojrzała na mnie półprzytomnym wzrokiem.

– Na spacer?

– No tak; to taka forma aktywności fizycznej; chodzi się, a jednocześnie można robić inne rzeczy, na przykład rozmawiać, słuchać muzyki, oglądać ładne widoki albo wystawy…

– Wiem, co to spacer – obruszyła się trzynastolatka. – Ale lepiej już iść na zakupy.

– Też można.

– Wiesz jak jest, ciocia – westchnęła. – Mało kasy. Po sklepach można pochodzić raz na miesiąc. Co to za oglądanie bez możliwości kupienia niczego?

– Oj tam, oj tam – machnęłam ręką. – Oglądanie jest za darmo. Poza tym można wcześniej wypatrzyć obniżki.

Justyna znów wzruszyła ramionami i wciąż siedziała obrócona do mnie twarzą. Za jej plecami migała ikona powiadamiająca o odpowiedzi na komunikatorze.

– Przeszkadzam ci… – sama nie wiem, czy to miało być pytanie, czy stwierdzenie.

Dziewczynka wciąż na mnie patrzyła. Jej twarz nie wyrażała nic, zupełnie jak u pokerzysty. Czy to był spryt, czy totalna bezmyślność, nie wiem.

– Kiedy ostatni raz rozmawiałaś z mamą albo z bratem?

– Co? Mama panią przysłała, na kazanie?

– Nie. Sama chciałam przyjść. Twoja mama sprawia wrażenie zrezygnowanej i zmęczonej.

– Dlaczego?

– Uciekasz przed rodziną.

Dziewczynka spuściła wzrok i zmarszczyła czoło.

– Pójdę już – skierowałam się do drzwi. – Trzymaj się.

 

– I co?

– Myślę, że ucieka w swój świat. Zuza, ona potrzebuje nie tylko przepędzania od komputera i zapędzania do lekcji.

– Wiem. Próbowałam z nią rozmawiać.

– Z jakim efektem?

– Marnym; wysłuchała i nic nie odpowiedziała.

Wstałam powoli.

– Będę wpadać częściej – obiecałam i wyszłam.

 

Weszłam do mieszkania i słuchałam ciszy. Dzieciaki na zajęciach dodatkowych, Tomasz w delegacji. I tak niemal cały czas. Westchnęłam i zaczęłam przygotowywać obiad…

 

 

Adres 9 / 35

 

– Bolą mnie plecy – Paweł patrzył z posępną miną na matkę, stojącą w drzwiach jego pokoju.

– Bo siedzisz całe dnie, gapisz się w telewizor albo komputer i tyjesz.

– To nie dlatego! Za dużo nosimy do szkoły.

– Nie denerwuj mnie, bierz siatkę, pieniądze i szoruj po zakupy!

Chłopak westchnął, z trudem wstał z krzesła, które jęknęło jakby z ulgą i mrucząc coś, zaczął wykonywać polecenie matki.

– I wracaj zaraz!

 

– Nie wiem już co robić, Aniu. Ten chłopak tyje w oczach. Badaliśmy go i na razie wszystkie wyniki są w normie. Ograniczamy jedzenie, ale ona po prostu przestał się nagle ruszać. I nie chce powiedzieć, dlaczego.

– A czy to nie zaczęło się, kiedy zmieniliście cały sprzęt na nowy?

– No, może…

Weronika zacisnęła usta. Byli tacy dumni, że mogli wreszcie powymieniać sprzęt na nowszy. Chwalili się nim przed wszystkimi znajomymi i całą rodziną.

– Kochana, nie zrozum mnie źle; to wszystko jest bardzo piękne i efektowne – Anna na chwilę zawiesiła głos, obserwując reakcję sąsiadki, która wyraźnie spuchła z dumy. –  Ale czy przez to nie zmienił się wasz styl życia? Nie widuję was już na wspólnych niedzielnych spacerach.  Paweł nie gra w piłkę z moimi bliźniakami, a był świetnym bramkarzem. I to wszystko stało się w ostatnim czasie.

Wyraz twarzy Weroniki znów szybko się zmienił; kobieta zmarszczyła czoło i uniosła brwi; to co usłyszał, chyba się jej nie spodobało.

– Wiesz, każdy ma prawo tak żyć tak, jak chce, zwłaszcza jeśli na to go stać – zaakcentowała ostatnie słowo.

Anna posmutniała. Nie poznawała sąsiadki, z którą przyjaźniła się od jakiegoś czasu. Pieniądze z niespodziewanego spadku zmieniło ją.

– Cóż, chyba już pójdę – Ania wstała powoli, mając nadzieję, że Weronika ją zatrzyma, ale nic takiego się nie stało. – Pozdrów wszystkich; a Pawłem się nie martw; jest w trudnym wieku, przejdzie mu. W każdym razie tego wam życzę.

 

– I uwierzysz Henryku, Anna zasugerowała między wierszami, że Paweł utył przez wymianę sprzętu!

Mężczyzna spojrzał na żonę ponuro. Wiedział, że sąsiadka ma rację, ale nie chciał denerwować ciężarnej żony. Odchrząknął nieznacznie i usiadł w fotelu.

– Tak właśnie myślałam, kochanie – Weronika uśmiechnęła się szeroko. – Wiedziałam, że zgadzasz się ze mną, że to absurd.

 

 

ALEJKA 1

 

– Franek, zaraz będzie szach i mat – Stanisław patrzył z chytrą miną na kompana.

– Ale jak? Coś przegapiłem?  – mężczyzna podrapał się w łysiejący czubek głowy.

– Rozkojarzony jesteś – Stanisław zachichotał. – Zakochałeś się chyba. Czyżby Lidia?

– No, wiesz? – obruszył się Franciszek. – Każdy może mieć gorszy dzień.

– Ostatnio masz same gorsze.

– Może to i racja. Ale wiesz, odkąd Krysia z rodziną się wyprowadziła z osiedla, czuję się samotny.

– Przecież codziennie jesteś wśród ludzi.

– A później wracam do pustego mieszkania.

– Ostatnio narzekałeś, że wnuczki rozrabiają, a ty nie masz już tyle cierpliwości, co dawniej.

– Tak Dwa niewielkie pokoje z kuchnią to za mało jak na cztery osoby, w tym dwoje dzieci.

– Coś za coś. Składaj szachy, pójdziemy do Klubu; chmurzy się.

Mężczyźni pozbierali swoje rzeczy i ruszyli ku parterowemu budynkowi majaczącemu na końcu alejki. O tej porze po osiedlu chodzili głównie emeryci, matki z dziećmi, bezrobotni, studenci nie mający zajęć i oczywiście lokalni pijacy. Jeden z tych ostatnich właśnie czaił się na przyjaciół.

– Panowie, poratujcie złotówką; suszy strasznie; gorąco.

– Mam resztę oranżady – Stanisław udał, że nie rozumie, o co chodzi i wyciągnął ku pijaczkowi butelkę do połowy wypełnioną czerwonym napojem. – Bąbelki już uciekły, ale ujdzie w tłumie. I głowa po niej nie boli.

Pijaczek skrzywił się i, widząc że nic nie wskóra, odszedł naburmuszony.

– Patrz, Lidka idzie. Zagadaj do niej; wpadłeś jej w oko, a i ona też ci się chyba podoba? – Stanisław przymrużył filuternie oko.

– Żartujesz sobie ze mnie; nieładnie.

– Nie dąsaj się, przyjacielu. Znam was oboje lepiej, niż myślicie.

– Rozmawiałeś o mnie z Lidią? – Franciszek był wyraźnie wystraszony.

– Ależ skąd. Nie tak, jak myślisz. To też moja znajoma, ale nic więcej! – Stanisław od razu wolał to zaznaczyć, żeby przyjaciel nie pomyślał sobie, Bóg wie czego. – Zaproś ją na majówkową potańcówkę.

– Nie w głowie mi teraz figle. – mężczyzna westchnął. Córka dzwoniła niemal codziennie, wnuczki też się odzywały, ale pustota mieszkania przytłaczała go. Rok wspólnego mieszkania zrobił swoje. Żona zmarła dwa lata temu po długiej chorobie. Miał czas przygotować się na jej odejście, ale i tak smutek teraz powrócił.

–  To nie żadne figle – tym razem to Stanisław się obruszył. – Chodzi o kobietę, a ty przecież jesteś gentlemanem. Przynajmniej za takiego cię zawsze uważałem.

– Cóż, ekhm, dziękuję – twarz Franciszka rozjaśniła się nieznacznie.

***

 

– Serwus, Franek. I co tam u ciebie?

– Cóż – mężczyzna uśmiechną się od ucha do ucha i był to uśmiech szczery. – Nie wiem, jak ci się odwdzięczę. Lidia to promień słońca.

– Od tego ma się przyjaciół, prawda? Aha, wpadnijcie do nas w sobotę. Marysia organizuje spóźnione imieniny; prosiła, żeby was zaprosić.

– Z przyjemnością. Zaraz powiem Lidii; jest ogromną elegantką i musi mieć czas na wystrojenie się.

– Naturalnie, leć chłopie – Stanisław roześmiał się serdecznie. Widok przyjaciela, który wyraźnie odżył, bardzo go cieszyła. Włożył ciemne okulary dla ochrony oczu przed mocnym słońcem  i ruszył zdecydowanym krokiem do sklepu. Maria dała mu całą listę zakupów na sobotnie przyjęcie; miała wszystko wyliczone niemal co do minuty, nie mógł wiec tracić ani sekundy więcej.

Adres: 9a /123

 

– Pani Halinko, proszę poratować mnie szklanką cukru – Joanna stała w drzwiach sąsiadki, przepasana fartuszkiem i przyprószona odrobiną mąki.

– Jak dawno nikt nie przychodził pożyczyć cukru lub mąki! – siedemdziesięciolatka wydawała się być wesoła i zadowolona z tej niespodziewanej wizyty. – Wejdź, kochana. Oczywiście, że ci pożyczę.

– Oddam pani po południu, kiedy Adam wróci z zakupów w hipermarkecie. Właśnie szykuję ciasto na wieczór i zgapiłam się. A goście już zaproszeni.  Ostatnio cukier idzie nam, jak woda.

– Oj, tak, tak – starsza pani pokiwała głową i wręczyła sąsiadce całą paczuszkę.

– To za dużo, ja tylko…

– Nie martw się, kochana. Mi wystarczy.

 

– Kto tam? – głos pani Halinki brzmiał niepewnie. Nie widziała dobrze przez wizjer przy sztucznym świetle. Było już ciemno, a ona nie spodziewała się gości.

– To ja, Joanna. Odnoszę cukier.

– Ach, niech pani wchodzi! – w głosie sąsiadki dało się słyszeć ulgę. Drzwi otwarły się powoli i Joanna weszła do środka. – Proszę, wejdź dalej, dziecko.

– Ja tylko na chwilkę. Przyniosłam też pani kawałek ciasta.

– To miło z twojej strony. Ale w zamian dasz się poczęstować herbatą.

– Ja zaraz muszę… A, właściwie, czemu nie.

Joanna rozejrzała się dookoła. Pokój był urządzony staromodnie. Meble miały już swoje lata, ale były świetnym stanie. Leciwy telewizor stał w kącie, a na wyblakłym obrazie kineskopu mało co dawało się rozróżnić. Na parapecie stało kilka kwiatków.

Pani Halinka wniosła tacę z dwiema filiżankami i imbrykiem. Uśmiechnęła się do gościa; rzadko kto ją ostatnio odwiedzał, w każdym razie młodszy o przynajmniej jedno pokolenie. Znała Joannę niemal od dziecka. Jej rodzice sprowadzili się do bloku, kiedy Joanna miała jakieś dwanaście lat. A teraz sama miała już rodzinę.

Dopiero teraz trzydziestolatka zauważyła, że sąsiadka jest bledsza, niż przed południem i na pewno nie była to wina światła.

– Pani Halinko, czy wszystko w porządku? Dobrze się pani czuje?

– Prawdę mówiąc, po południu zaczęła mnie boleć głowa. Ciśnienie trochę mi skoczyło, ale wzięłam już leki – staruszka wysiliła się na słaby uśmiech. – Nic się nie martw, kochana. Pij; tę herbatę przysłał mi syn. Bardzo mi smakuje.

– Faktycznie, pyszna.

– Prawda? – ucieszyła się Halina. – Tak się cieszę, że przyszłaś; nieczęsto ostatnio mam powód, by wyjąć moje najlepsze filiżanki.

– Ojej, to pani najlepsze? – Joanna trochę się przestraszyła; jako dziecko miała maślane ręce i wciąż wydawało się jej, że ma tendencję do upuszczania cennych, zwłaszcza tłukliwych rzeczy. – Piękne! Żebym tylko nie stłukła…

– Ależ, kochana! To tylko przedmiot, w dodatku starszy ode mnie.

– Na pewno pamiątka rodzinna.

– Tak; ale wiesz, u mnie się nic nie marnuje. Choć do kuchni; popatrz na tę mozaikę; wykleiłam ją kawałkami potłuczonych naczyń, które były dla mnie z jakiegoś powodu ważne. Dzięki temu zostały ze mną, w innej formie, ale nadal ładne.

– Ma pani artystyczną duszę.

– Dziękuję, dziecko.

– Pójdę już; muszę dopilnować starszą córkę z pójściem spać; myśli, że jak ma siedem lat i chodzi już do szkoły to nie obowiązują ją pewne godziny.

– Ach, te dzieci – westchnęła Halinka. – znam to doskonale, sama odchowałam czworo.

Joanna posmutniała. Nie pamiętała, kiedy ostatnio widziała któreś z dzieci sąsiadki, nie mówiąc o wnukach. Powzięła teraz postanowienie, że będzie częściej zaglądać do miłej pani Halinki.

– Wpadnę jutro do pani, jak wyprawię dzieci do szkoły i przedszkola. Chciałabym się poradzić w sprawie robótek na drutach. Przyniosę pani słoik powideł roboty mojej mamy.

– Przyjdź koniecznie – pani Halinka od razu nabrała kolorów.

– A tak a propos; właśnie zmieniliśmy telewizor; mąż uparł się na większy, a nasz stary jest w świetnym stanie; używaliśmy go zaledwie dwa lata. Zastanawiałam się właśnie, czy nie spytać, czy nie chciałaby pani…

– Nie stać mnie, moja droga.

– Ależ nie, nie! – Joanna szybko pokręciła głową. – Oddałaby nam pani przysługę. On nam tylko zawadza, nie możemy wygodnie wyjść na balkon; to my bylibyśmy wdzięczni, gdyby pani…

– A co na to mąż?

– Sam pani jutro powie; pomoże mi go przynieść.

Tego wieczoru po raz pierwszy od wielu miesięcy, a może i lat, pani Halinka z niecierpliwością czekała na dzień następny. Znów zachciało się jej żyć. Dzieci dzwoniły często, ale życie rzuciło każde z nich w inną stronę kraju lub wręcz świata. Rozumiała ich sytuację, ale było jej smutno. Teraz już na pewno będzie łatwiej.

 

Pod szkołą

Tomek wytężył całą wolę, żeby nie sięgnąć po paczkę papierosów, którą miał w wewnętrznej kieszeni bluzy. Był zdenerwowany i chciało mu się palić, ale musiał wytrzymać. Nie było wskazane zdradzać się z fajkami pod budą. Bo to już był nałóg, a nie okazyjne popalanie dla szpanu.

– Cześć – Julka wypadła ze szkoły jako jedna z ostatnich. Pocałowała chłopaka w policzek i przytuliła się. Nie odwzajemnił uścisku, ale i nie odepchnął jej. – Co jest? – spojrzała w jego szare oczy ze zdumieniem. – Nie stęskniłeś się?

– Tak, oczywiście. Ale muszę z tobą o czymś porozmawiać.

– Oczywiście. Chodźmy gdzieś usiąść.

– Nie, czekam tu na kogoś.

Dziewczyna spojrzała na Tomka ze zdumieniem. Nie poznawała go. Od kilku dni zachowywał się wprawdzie dość dziwnie i może odrobinę oschle, ale to już była przesada.

– Bo… Widzisz…

– Nie owijaj w bawełnę – poprosiła.

Chłopak wziął większy oddech i jednym tchem powiedział:

– Będę miał dziecko z Mariolą.

– Co takiego? – Julia zachwiała się.

– Tak; zdradziłem cię. – Tomek wbił wzrok w ziemię. Chęć zapalenia wzrosła jeszcze bardziej. Dziwne, że w takiej chwili pomyślał znów o papierosie. Przed nim stała dziewczyna, z którą chodził od dwóch lat i co gorsza, którą okłamywał od kilku tygodni.

Jolka nabrała powoli powietrza i jeszcze wolniej je wypuściła.

– Wrobiła cię. Na pewno. To puszczalska znana na całą szkołę.

– Nie. To plotka. Byłem jej pierwszym partnerem.

– Bronisz jej jeszcze?! – oczy Jolki pociemniały.  – Słuchaj, co ty chcesz właściwie zrobić? Zrywasz ze mną? Nie sądzisz, że należało to zrobić wcześniej w takiej sytuacji? Czy może myślałeś, że ci się uda albo kręcić z nami obiema albo zaliczyć ją, bo ja chcę jeszcze poczekać i wrócić do mnie?!

– Przepraszam – bąknął.

– Doprawdy? – w oczach Julii pojawiły się łzy. – Nie chcę cię znać, ani widzieć.

Wyminęła go szybko i pobiegła w stronę swojego bloku. Tomek znał tę drogę doskonale. Westchnął.

Zza roku wyszła Mariola.

– Powiedziałeś więc swojej jedynej?

– Tak jak mi kazałaś.

– Grzeczny chłopiec – dziewczyna uśmiechnęła się krzywo i poszła sobie.

Miała go w garści. Ale nie na długo. Było coś, czego nie wiedział prawie nikt w szkole. Dziś Tomek był w niej po raz ostatni i nawet szantaże Marioli oraz wymuszone na nim kłamstwo nie miał oznaczenia. Posłuchał jej tylko dlatego, żeby Julia miała spokój, kiedy jego już nie będzie. Leczenie zajmie jakiś czas i nie wiadomo, jak się skończy; a kłamstwa Marioli wyjdą na jaw szybciej, niż ona sama myśli. Tomek miał już przygotowany list dla Julki; jej przyjaciółka dopilnuje, żeby go przeczytała lub wysłuchała. Obiecała mu to, a o bardziej honorową dziewczynę było trudno.

Chłopak odwrócił się plecami do budynku szkoły i oddalił się szybkim krokiem. Za rogiem z ulgą wyjął paczkę papierosów i zapalił jednego. Jego chorym płucom i tak było już wszystko jedno, podobnie jak i jemu.

 

 

Adres: 11/37

 

Henryk patrzył z niedowierzaniem na piętnastoletnią córkę.

– Co proszę?!

– Jestem w ciąży – wyszeptała po raz drugi, jeszcze ciszej, niż poprzednio. Stała skamieniała ze strachu, patrzyła na ojca, bo wiedziała, że nie znosi, kiedy ktoś spuszcza wzrok.

– Henryk! – matka była jedyną osobą w domu, która umiała rozmawiać z ojcem, równie twardo jak on z dziećmi. Żadne z nich nie wiedziało, skąd bierze tyle odwagi. – Henryk! Tylko bez krzyków!

Mężczyzna patrzył na córkę. Jego mała córeczka, ulubiona spośród czwórki dzieci. Teraz wpatrzona w niego ze strachem. Opadł na krzesło i oparł głowę na rękach.

– Dlaczego? – wykrztusił.

Paulina zdziwiła się; spodziewała się jednak gniewu. Matka podeszła do ojca i objęła go.

– Kochanie…

– Anno, co ja zrobiłem źle?

– Nic. Oboje się staraliśmy. Ale kiedy dzieci wyfruwają z gniazda, spod naszych skrzydeł, idą do szkoły i poznają innych ludzi, cóż…

– Tylko nie mów, że takie czasy nastały.

 

– To czułaś się na tyle dorosła, żeby pójść z chłopcem do łóżka, ale nie wiedziałaś nawet, jak odczytać test ciążowy? – matka nie wiedziała, czy śmiać się, czy płakać.

Paulina stała ze zwieszoną głową; było jej wstyd; gdyby nie jej niewiedza, nie wydałoby się w ogóle, że przespała się z  Rafałem. Była przekonana, że jedna kreska oznacza ciążę. Nie potrafiła spojrzeć w oczy rodzicom i sama nie wiedziała, z którego powodu bardziej.

– Na razie masz szlaban na wychodzenie; jak przyjdzie ojciec, to z nim porozmawiam.

– Ojciec mnie zabije…

– Ależ skąd! Jest wymagający, ale kocha was wszystkich. – Anna zamilkła na chwilę. – Oczywiście nie spodziewaj się teraz zaufania, bo na nie trzeba sobie zasłużyć. Długo je będziesz odbudowywać.

 

Henryk zareagował w sposób dla Anny dziwny: śmiał się do rozpuku. Kobieta nawet przestraszyła się, że mężowi może to zaszkodzić. Kiedy w końcu mężczyzna się uspokoił, długo nic nie mówił. Kiedy w końcu się odezwał, był całkiem poważny, ale w jego glosie dało się słyszeć ogromną ulgę.

– Czyli dziewczyna miała pecha, a z drugiej strony mnóstwo szczęścia…

– Po prostu okazało się, że nie wie podstawowych rzeczy – westchnęła Anna – Nie ma powodów do radości.

– Nie no,  są; skończy szkołę bez problemu i dziecka na głowie, bo jednak matka to matka, bez względu na pomoc ze strony dziadków.

– Co my z nią zrobimy, Heniu?

– Wiesz, ona już się chyba wstydu najadła. To duża kara dla nastolatki.

– To ja powinnam jej bronić – uśmiechnęła się Anna. – Postaram się z nią więcej rozmawiać. Na razie ma szlaban na wyjścia.

– Ja też z nią pogadam.

– Ale…

– Spokojnie, kochanie. Żadnych krzyków.

 

– Właściwie powinnam się cieszyć, a jest mi łyso – Paulina patrzyła smutno na swojego chłopaka.

– Panikara jesteś i tyle. – obruszył się Rafał. – Dwa dni spóźnienia, robisz test, nie doczytasz wszystkiego i lecisz z płaczem do mamusi.

– Jak jesteś taki mądry, trzeba było mnie oświecić. Przyznaj się, miałeś ochotę zwiać, gdyby to była prawda?

– Daj mi spokój – chłopak obruszył się. – I chyba to niezbyt dobry pomysł, żebyśmy się dalej spotykali.

– No co ty! To co fajnie było w łóżku, a teraz mam spadać?

– Czy ja coś takiego powiedziałem?

– Nie chcesz się spotykać…

– No… Poza tym nie będę miał teraz czasu. Dostałem się do klubu, będę miał więcej treningów.

Paulina odwróciła się gwałtownie i pobiegła w stronę domu; pod powiekami czuła piekące łzy.

– Taki, jak inni – wycedziła.

 

W domu panował nieznośny spokój. Paulina wolałaby już wysłuchać tyrady na pewne tematy, a nie wciąż czekać i mieć spokój. Ojciec zapowiedział wprawdzie poważną rozmowę, ale od tygodnia coś mu wypadało. Wracał późno z pracy, a w czwartek zapowiedział, że na weekend wyjeżdża w delegację na jakąś konferencję.

Minął jeden tydzień, później kolejny i znowu następny. Rodzice wpadli znów w kołowrót spraw, których ostatnio mieli coraz więcej. Paulina zaczęła się zastanawiać, czy nie zapomnieli o niej. Pytali wprawdzie o szkołę, stopnie i czy myślała już, na jakie studia chce iść, ale nic o sprawach prywatnych ani o tamtym wydarzeniu. Odkąd przestała spotykać się z Rafałem, czuła się bardziej samotna. Wstydziła się sama przed sobą, że tak łatwo dała się zaciągnąć do łóżka komuś, komu tak naprawdę na niej nie zależało. To sprawiło, że przestała mieć wspólne tematy niemal ze wszystkimi koleżankami, które śliniły się na widok każdego szkolnego „ciacha”. Zaprzyjaźniła się za to z Jowitą, nieco przysadzistą okularnicą, która okazała się być osobą ciekawą, oczytaną i wiedziała mnóstwo rzeczy na wiele tematów.

 

– Mamo, czy mogę pojechać na obóz językowy na ferie?

– Na obóz językowy? Przecież kiedyś ci proponowałam, to zapierałaś się rękami i nogami.

– Ale teraz bym chciała. Pojechałybyśmy razem z Jowitą.

– Czy to nie ta dziewczyna, z którą nikt w klasie nie chce rozmawiać.

– Właśnie. A ja nie rozumiem dlaczego – Paulina zmarszczyła czoło. – W gruncie rzeczy jest fajna i nie taka pusta jak ta cała wspaniała piątka, wokół której krąży reszta klasy, żeby się przypodobać.

– No, dobrze – Anna uśmiechnęła się. Była dumna z córki. – Daj mi wszystkie informacje o tym obozie.

 

To był miły wieczór. Po raz pierwszy od tygodni Paulina zasiadła do kolacji razem z rodzicami, którzy nareszcie nigdzie się nie spieszyli i nie musieli dłużej zostać w pracy.

 

Adres: 13/ 2

 

– To co jest w końcu z tymi marzeniami? – zniecierpliwił się Marcinek. – Warto je mieć, czy nie?

– To zależy – zmieszał się nieco ojciec. Był zmęczony, a dziewięciolatek nie dawał tak łatwo za wygraną. – Przede wszystkim musisz pamiętać, że samo marzenie to nie wszystko. Trzeba jeszcze dążyć do jego spełnienia.

– A same marzenia nie mają sensu?

– Marzyć, tylko żeby marzyć? – zamyślił się Paweł.

– Właśnie – chłopiec popatrzył na niego badawczo.

– Cóż, spełnianie marzeń może być tak samo miłe jak samo marzenie. Choć z drugiej strony realizowanie pewnych marzeń jest długotrwałe i czasem niełatwe. To może zniechęcić. Ale teraz koniec już tych pogaduszek. Odrobiłeś lekcje?

– Prawie; jeszcze tylko język polski.

– To na co czekasz?

– Właśnie zbieram materiały.

– To nie mogłeś od razu powiedzieć? – westchnął Paweł. – Pokaż zeszyt.

Chłopiec wykonał polecenie ojca.

– To już nie mają wam co zadawać, tylko rozważania o marzeniach. Przecież wy macie dopiero po dziesięć lat.

Zadzwonił telefon. Paweł spojrzał na wyświetlacz.

– Ode mnie z pracy – mruknął. – Idź do siebie, ja muszę porozmawiać.

 

– Dzień dobry – głos w słuchawce brzmiał znajomo – Edyta Dąbrowska z tej strony; jestem wychowawczynią Marcina.

– Witam – głos Pawła zadrżał lekko. – W czym mogę pomóc?

– Chciałabym z państwem porozmawiać o synu.

– Czy zrobił coś nie tak?

– Jest grzeczny, jeśli panu o to chodzi. Martwi mnie jednak co innego. Ale to temat na rozmowę oko w oko.

– Dobrze, przyjdę dziś po syna, to porozmawiamy.

Pawłowi nie było to na rękę. Odkąd Marta wyjechała do pracy za granicę, wszystko było na jego głowie: mieszkanie, syn, dorabianie… Powoli zaczynał odczuwać zmęczenie tą całą sytuacją. Jednak bez zarobków Marty nie daliby rady. A teraz jeszcze to…

 

– To, w czym rzecz, proszę pani?

– Widzi pan, ogólnie z Marcinem problemów nie ma; może tylko to, że jest bardzo cichy, czasem nieśmiały. Ale przechodząc do rzeczy. Ostatnio na języku polskim mieli zadane wypracowanie o marzeniach. Pana synek napisał, że warto mieć tylko takie marzenia, które nie wymagają zbyt wiele czasu i sił do realizacji, że on woli żyć pod tym względem z dnia na dzień. Oczywiście streściłam to swoimi słowami.

– No i? Co w tym złego?

– Marcinek jest rozwinięty ponad swój wiek, ma styl dziecka o kilka lat starszego. Zaobserwowałam, że nie umie się odnaleźć w towarzystwie rówieśników.

– Czy to źle?

– Jest też bardzo poważny, mało się śmieje. Chciałabym więc zapytać, czy u państwa w domu wszystko w porządku.

– Moja żona od kilku miesięcy jest za granicą na kontrakcie z firmy. Jest to o tyle ważne, że dzięki temu szybciej spłacimy kredyt. Wiem, że małemu może brakować matki. Ale obie babcie nas odwiedzają.

– Cóż, zdaję sobie sprawę, że mamy trudne czasy; dobrze, że państwo sobie jakoś radzą, ale…

– Tak, tak wiem, długotrwałe rozstanie nie sprzyja rodzinie – dokończył Paweł zmęczonym głosem. – Myśli pani, że nie rozmawialiśmy o tym z żoną przed podjęciem i to wiele razy?

Nauczycielka westchnęła.

– Mam do pana prośbę: proszę zapewnić synowi trochę rozrywki, najlepiej wspólnej z panem; może wyjście do kina czy ZOO co jakiś czas? Przydałoby się też, żeby bawił się z dziećmi, a nie przebywał wyłącznie wśród dorosłych.

– Przecież ma do czynienia z dziećmi w szkole.

– Takie kontakty w czasie wolnym są także bardzo istotne.

Paweł nie miał siły tłumaczyć i oponować. Radził sobie najlepiej, jak umiał. Westchnął tylko i powoli zaczął się zbierać. Wymamrotał, że postara się jakoś załatwić sprawę i wyszedł.

 

– Mamo, nie wiem, jak mam to wszystko ogarnąć.

– Głowa do góry. Umówię się jakoś z twoją teściową, Helena też chce pomóc. Na doby początek weźmiemy Marcinka na spacer. W parku zawsze bawi się dużo dzieci.

– Mały ma szczęście, że ma obie babcie. Co ja bym bez was zrobił? Co my oboje byśmy bez was zrobili?

– Nie martw się; jeszcze tylko kilka miesięcy. – Teresa uśmiechnęła się. Uśmiech ten kosztował ją wiele wysiłku; plecy bolały, a leki przestawały działać. Kobieta wiedziała, że musi coś z tym zrobić, bo rodzina potrzebuje jej pomocy, a na samych proszkach przeciwbólowych i przeciwzapalnych daleko nie zjedzie. Jutro zadzwoni do lekarza… W najgorszym razie po jutrze…

 

 

Alejka – 2

 

Pani Ziutce, jak zwykle, nie zamykały się usta:

– A wiesz, córka tych, co pode mną mieszkają, opowiadałam ci o nich nie raz, to w ciąży jest. Przecież ona szesnastu lat jeszcze nie ma!

– Kochana, czy ty za bardzo nie martwisz się problemami obcych ludzi? – Maria z trudem nadążała za potokiem informacji wypowiadanych przez przyjaciółkę. Zaczynało ją powoli irytować, że kobieta, która znała od przeszło czterdziestu lat, tak zmieniła się po przejściu na emeryturę. Zaczęła plotkować na potęgę, nie interesując się sprawami własnej rodziny. – Powiedz mi lepiej, co u Teresy.

– U której Teresy? – Ziuta poczuła się jakby obudzono ją z głębokiego snu; zawsze tak było, kiedy wytrącono ją z biegu wypowiadanych myśli.

– U twojej córki – westchnęła Maria. – Z początku roku mówiłaś, że ma jakieś kłopoty.

Ziuta zasznurowała usta, zaciskając je tak, że nawet szminka przestała ukrywać ich bladość.

– Cóż; wiem że chciała rozwieść się z Januszem. Jak wiesz, ja nie toleruję rozwodów; poza tym nie ma czegoś takiego jak rozwód kościelny. Mają dwoje dzieci i to grzech i zgorszenie, takie myśli o rozstaniu.

– Ale dlaczego, co się stało? Przez dwadzieścia lat byli takim zgranym małżeństwem.

– Kochana, ja powiedziałam mojej córce jasno: dopóki myślą o rozwodzie, mają mi o tym nie mówić, bo od razu dostaję palpitacji. A wracając do tych spod szóstki. Ta ich córunia… Matka była z niej taka dumna, a tu proszę, pani Krysia zostanie babcią w wieku niespełna czterdziestu lat.

– Ja miałam trzydzieści dziewięć, kiedy urodził się Dawid – powiedziała Maria i aż się zdziwiła, że odważyła się powiedzieć to głośno i to komuś takiemu, jak Ziuta. – Wyszłam za maż w wieku dziewiętnastu lat i szybko mieliśmy Dorotę, a jej życie potoczyło się podobnie.

Ziuta poczuła się trochę nieswojo. Postanowiła jednak bronić swojego zgorszenia.

– Jednak obie byłyście po ślubie. A ta smarkula nawet szkoły nie skończyła.

– A teraz Dorota się rozwodzi – Maria zmieniła temat dość agresywnie. – Rozwód też dla ludzi, zwłaszcza, kiedy mąż po kilkunastu latach puszcza się z młodą siksą. Wybacz, kochana. Przypomniałam sobie, ze musze coś zrobić. – Maria wstała gwałtownie z ławki. – Aha, będę teraz dość zajęta. Odezwę się. Pa. – Ruszyła żwawym krokiem w stronę swojego bloku. Pod powiekami czuła łzy wściekłości. Wiedziała, że ludzie się zmieniają, ale to, co wyrabiała ostatnio Ziuta, przekraczało zdrowe pojęcie. Maria nagle zrozumiała, skąd jej wieloletnia przyjaciółka zaczęła mieć raptem tyle czasu na podglądanie i podsłuchiwanie, co się dzieje u innych: wszyscy jej znajomi włącznie z rodziną, zaczęli się od niej odwracać. Plotki zrobiły swoje.

 

 

Administracja / Blok nr 5 / Mieszkanie nr 50

 

– Dzień dobry, szefie!

– Witam, panie Adamie. O co chodzi?

–  Mam ponowne zgłoszenie z zielonego bloku; dotyczy mieszkania nr 50. Sąsiedzi skarżą się na smród.

– Co wiemy o tym mieszkaniu?

Adam wyjął notatki.

– Czynsz płacony regularnie, z uwzględnieniem wszystkich podwyżek. Od początku w rękach jednych właścicieli. Jako główny lokator wpisana niejaka Anna Kozłowska.

Kierownik wpisał nazwisko w komputer.

– Faktycznie, niezły kawał czasu. Rzadko które mieszkanie na naszym osiedlu jest w jednych rękach aż tyle lat.  Dzwoniłeś tam?

– Oczywiście, nikt nie odbiera; zresztą sąsiedzi pukali i nikt ich nie wpuścił. Mówili, że tam zawsze cicho było.

– Trzeba się będzie pofatygować i to z policją.

 

Fetor był wyczuwalny już trzy piętra niżej.

– Dziś jest okropnie – skarżyła się kobieta w średnim wieku. – Uszczelniamy szpary pod drzwiami, bo wchodzi do mieszkań. Coś okropnego.

– Zaraz będziemy działać – uspokajał ją Adam. – Panowie! – zwrócił się do policjantów. – Idziemy!

Przed drzwiami opatrzonymi numerem 50 wszyscy musieli zakryć nos. Było im mdło i z trudem powstrzymywali się, by nie zbiec na dół i nie wyjść na zewnątrz. Pukania i dobijania się nie przyniosły skutku, więc policjanci zlec dowali się wyważyć drzwi. Kiedy te stały już otworem, wchodzących otoczył ciężki fetor.

– Tutaj! – młodszy policjant wskazał na wejście do środkowego pokoju. Pokój, podobnie jak pozostała część mieszkania był ładnie, choć skromnie urządzony prostymi meblami bez dekoracji. Po prawej biblioteczka, pod oknem biurko, po lewej ogromne w porównaniu z pozostałymi meblami łóżko. A na łóżku…

…na łóżku oczom obecnych ukazało się rozkładające się ciało mężczyzny o ogromnej nadwadze.

– O mój Boże! – Adam wybiegł z pokoju i w ostatniej chwili znalazł łazienkę.

– Dzwonię po techników i kornera – starszy policjant wyjął komórkę i zwrócił się jeszcze do młodszego kolegi: – Idź za tym gościem z administracji, upewnij się, czy stanie na nogi i powiedz, żeby nic nie ruszał. Odnotuj, że żołądek odmówił mu posłuszeństwa, niech uwzględnią to, jak będą badać ślady.

 

Kobiecina usiadła posłusznie na przeciwko policjanta.

– Dobrze, proszę podać imię, nazwisko, kim pani jest dla denata…

– Adrianna Nowak i byłam sąsiadką Anny.

– Była pani?

– Tak, niedawno zamieniłam się z córką na mieszkania; ja poszłam na parter do mniejszego mieszkania, a ona z rodziną do mojego, trzypokojowego. Ale wracając do sprawy. Anna już dość dawno temu przygarnęła pod swój dach syna, który się rozwiódł. Powód? Lubił jeść. Jego żona podobno przestała móc na niego patrzeć, a jej wszelkie perswazje dotyczące zmiany diety nie skutkowały. Zażądała rozwodu z powodu, jak to określiła, braku pożycia. Już wtedy Konrad był, delikatnie mówiąc, okrąglutki, ale bez problemu sam się poruszał. Kiedy pięć lat temu zaczęła notorycznie psuć się winda, mężczyzna przestał wychodzić z domu, bo już nie wszedłby po schodach. Od tego czasu widywałam go tylko, odwiedzając Annę. Siedział i jadł, jadł i jadł… Anna z trudem, ale wdrapywała się na nasze piętro. Starałam się wyręczać ją w zakupach, w końcu jest między nami piętnaście lat różnicy. Wiem, że miała wyjechać do sanatorium, ale od tygodnia nie dobiera telefonu; dzwoniłam do niej, kiedy inna sąsiadka zgłosiła mi, że z mieszkania Anny zaczyna śmierdzieć.

– Komu mogła powierzyć opiekę nad synem?

Kobieta wzruszyła ramionami.

– Na pewno nie mi. Wiedziała, że skręciłam niedawno nogę. Moja córka i jej mąż pracują i ostatnio musieli zająć się mną, więc ich też nawet nie próbowała prosić.

– Ten mężczyzna nie mógł się ruszyć z łóżka.

– Tak, właśnie. Wiem, ze przychodził do nich lekarz, jakiś rehabilitant, ale nie wiem czy Konrad chciał zrobić ze swoim życiem coś pozytywnego. Jak już go podnieśli na nogi to ledwo się ruszał. Przejście do toalety zajmowało mu  kilkanaście minut. Normalnie przesiadywał w fotelu i sypiał na siedząco.

– Znaleźliśmy go w łóżku.

– Nie mogę więcej pomóc; powiedziałam wszystko, co wiem. Czy powiadomiliście Annę?

– Szukamy jej. Wiemy, że była ostatnią osobą, z którą rozmawiał jej syn przez telefon.

Adrianna pożegnała się i obiecując, że da znać, jeśli by się jej coś przypomniało, wyszła.

Kiedy była już na głównej alejce osiedla, zadzwoniła jej komórka. Numer zastrzeżony.

– Halo?

– Adrianna?

– Boże, Aniu ,to ty?

– Tak, ja – głos przyjaciółki dochodził jakby z bardzo daleka; był cichy, ale wyraźny.

– Aniu! Kochana! Gdzie ty jesteś? Wiesz, co się stało?

– To co musiało się stać, moja droga. Konrad był uparty. Dałam mu ultimatum: albo leczenie albo zostanie sam.

– Co ty mówisz!

– Przepraszam cię, musze kończyć. Dziękuję ci za wszystko! – połączenie zostało zakończone.

– Halo! – Adriannę przeszedł zimny dreszcz. „Weź się w garść!” – rozkazała sobie w myśli. Podreptała do domu i wykręciła numer do policjanta.

– Halo, Adrianna Nowak z tej strony; niedawno rozmawialiśmy.

– Witam.

– Właśnie dzwoniła do mnie Anna, ale z zastrzeżonego numery, więc…

– Przepraszam, że przerwę – w głosie policjanta zabrzmiała konsternacja. – Właśnie dowiedzieliśmy się, że pani Anna zmarła w szpitalu w kurorcie, do którego wyjechała. Miała zawał.

Pod Adrianną ugięły się nogi.

– Halo?! Dobrze się pani czuje?

– Tak, tak, to szok. Dziękuję!

Kobieta odłożyła słuchawkę. Biedna Anna. Sama już słaba i ostatnio taka wyniszczona i zmęczona opieką nad synem, nie chciała wcześniej słuchać rad, że powinna o siebie zadbać.

W drzwiach zazgrzytał klucz i weszła Hania.

– Mamo, co się stało? Jesteś taka blada!

– Anna nie żyje i jej syn też.

– Anna?! O, nie! – Hania posmutniała. – I co teraz będzie?

– Z czym?

– Chociażby z jej mieszkaniem i wyjaśnieniem sprawy jej syna?

– Nie wiem. Teraz już mniejsza o to.

 

 

Plac zabaw

 

– Zostań tu kochanie i pobaw się z dziećmi; zrobię zakupy i przyjdę po ciebie za pół godziny – dziewczynka grzecznie skinęła głową. – Nie oddalaj się nigdzie! – kobieta poszła w stronę marketu.

Dziewczynka rozejrzała się badawczo. Kilkoro dzieci na chwilę przestało się bawić i patrzyło na nowo przybyłą.

– Cześć – w końcu jedna z dziewczynek odważyła się przywitać koleżankę. – Jak masz na imię?

– Nikola, a ty?

– Julka; a to mój brat, Kuba. Tamte bliźniaczki to Ela i Zuzia. Dalej Michaś i Tomek. Mieszkamy w tych dwóch najbliższych blokach. A ty chyba jesteś tu nowa?

– Tak, dopiero się przeprowadziliśmy.

Dzieciaki z nieukrywanym już zainteresowaniem otoczyły Nikolę.

– Masz rodzeństwo?

– Nie, jestem tylko ja. Miałam dużo starszego brata, ale wyjechał w podróż dookoła świata.

– Ale masz fajnie, pewnie pisze do ciebie z różnych krajów.

– Pewnie, mam już całe pudełko pocztówek. – Nikola prawie spuchła z dumy. – No i oczywiście pisze maile, a czasem dzwoni. Tata pracuje w dużej międzynarodowej firmie i często go nie ma, bo jeździ na zagraniczne delegacje. Ostatnio często się przeprowadzamy i zwykle nie zagrzewam długo miejsca w szkole. Pierwsza klasę robiłam w trzech szkołach. Drugą zaczynam tutaj, ale gdzie ją skończę, nie wiem – dziewczynka wzruszyła ramionami i zamilkła na chwilę.

– Pewnie brat i tata przywożą ci też dużo fajnych rzeczy – stwierdziła nieśmiało Julka.

– Oczywiście – uśmiechnęła się Nikola. – Zabawki, ubrania, pieniądze. Ale kasa zarządza mama; daje mi czasem drobne na słodycze. Ale za to jeździmy na wakacje w fajne miejsca, uczę się jeździć konno i grać w tenisa.

– To kiedy masz czas na zabawę?

Nikola na chwilę wydała się być zbita z tropu, ale szybko zapanowała nad sobą.

– Oj, faktycznie, z tym bywa trudno, ale ciężka praca popłaca, jak powtarza moja babcia – dziewczynka podrapała się po nosie. Była już trochę znudzona tymi pytaniami. Odpowiadanie na nie nużyło ją coraz bardziej. Spojrzała w stronę sklepu, wypatrując matki.

– Pobawisz się z nami?

– Zasadniczo wyrosłam już z zabaw w piasku.

– To chodź się pohuśtać.

– Niee… To też już nie dla mnie.

– A może my nie jesteśmy dla ciebie wystarczająco dobrzy? – zapytał Tomek.

– Dlaczego? – zdziwiła się Nikola.

– Bo mieszkamy cały czas w jednym miejscu, nasi rodzice pracują w zwykłych, niewielkich firmach, nie wyjeżdżamy co roku na wakacje i nie mamy krewnych za granicą.

– No coś ty! – żachnęła się Nikola. – Niepoważny jesteś?

– Córeczko, chodź, idziemy! A co to, znowu się kłócisz z dziećmi?

– Nie mamo!

– to co się dzieje? – kobieta zauważyła smutne miny dzieci. – Znów im naopowiadałaś o nas bajek? Kiedy wreszcie przestaniesz kłamać?!

– Oj, mamo! Przecież żyjemy tak nudno, że nie ma tak faktycznie o czym, opowiadać – Nikola zwiesiła głowę.

– Nudno, powiadasz? A co, chciałabyś żyć w serialu przygodowym? Chodź, musimy rozpakować kilka pudeł.

Nikola szła ze zwieszoną głową za mamą. Czuła na sobie wzrok dzieci z placu zabaw. Nie mogła nic poradzić, że lubiła opowiadać różne historyjki; w domu nikt nie chciał jej słuchać. Rodzice byli zajęci, babcia nie miała cierpliwości, w szkole, kiedy okazywało się, że zmyśla, dzieci też się do niej przestawały odzywać. Nagle usłyszała tupot nóg.

– Proszę zaczekać! – Julka z trudem dopędziła mamę Nikoli. Przez chwilę dyszała ciężko.

– Czy Nikola może do nas zejść jutro na plac zabaw, jak już pani pomoże?

– Oczywiście – mama była trochę zdziwiona.

– Nikola, wymyślisz dla nas film albo serial, a my będziemy grać

– Nie wiem, czy potrafię…

– Oj potrafisz, potrafisz – uśmiechnęła się Julka. – To do jutra!

 

 

 

Adres: 15/45

 

Ela nie pamiętała już, jak to jest mieć matkę, mieszkać z nią i doświadczać jej miłości. Od dziesięciu lat wychowywał ją tylko ojciec.

Jednym z pierwszych, wyraźnych wspomnień z wczesnego dzieciństwa, które do niej czasem powracały, czy to na jawie, czy we śnie, był dzień, kiedy pewnego dnia zeszła na śniadanie, a przy stole siedział tylko ojciec… Głowę miał oparta na rękach i nie zauważył, że weszła. Eli wydało się, że płakał, ale z drugiej strony, wtedy było to dla niej nie do pojęcia: mężczyźni przecież nie płaczą, bo są silni i dumni. Teraz wiedziała, że jako dziecko, myliła się w tym względzie. Później często widywała łzy w oczach ojca, kiedy nieporadnie maskował to, ze przed chwilą płakał.

– Gdzie jest mamusia? – spytała Ela tamtego dnia.

Ojciec drgnął, szybko przetarł oczy rękawem i zerwał się, żeby podać córeczce śniadanie.

– Odeszła – powiedział krótko.

– Dokąd? Na zawsze?

– Po prostu odeszła.

Później, zawsze, kiedy Ela chciała porozmawiać z ojcem o mamie, on zręcznie zmieniał temat. Pewnego dnia spytała więc wprost:

– Czy mama umarła?

– Można tak powiedzieć – stwierdził ojciec po krótkim namyśle, ale nie wyjaśnił, co miał dokładnie na myśli.

Ela była samotna. W szkole uczyła się dobrze, ale nigdy się nie wychylała; nie zgłaszała chęci brania udziału w konkursach, czy olimpiadach.  W towarzystwie rówieśników trzymała się z reguły na uboczu. Wychowawczyni martwiła się tym trochę, ale skoro dziewczynka nie sprawiała kłopotów wychowawczych, nauczycielka dała w końcu spokój z wypytywaniem dziewczynki, o co chodzi.

Ojciec miał stałą pracę. Pracował do szesnastej, ale nigdy nie wracał prosto do domu. Twierdził, że dobiera zlecenia lub spotyka się ze znajomymi, żeby pogadać lub obejrzeć wspólnie mecz. Alkoholu właściwie nie pijał, więc Ela nie robiła mu wymówek nawet o bardzo późne powroty. Regularnie chodził na wywiadówki, wiec szkoła nie interesowała się Elą i jej sytuacją w domu.

Od jakiegoś czasu Ela zostawała czasem sama na weekend; ojciec wyjeżdżał gdzieś w sobotę wczesnym rankiem i wracał w niedzielę późnym wieczorem. Zostawiał córce pieniądze na zakupy i kazał dzwonić w razie potrzeby, najpierw do stryja Romka, a później do siebie, na komórkę, kiedy ją sobie sprawił.

Ela raz próbowała wyciągnąć coś od stryja na temat matki, ale on powiedział tylko, że nigdy nie wtrącał się w czyjeś sprawy, nawet jeśli chodziło o jego najbliższa rodzinę. O matce Eli wiedział tylko, że po prostu już jej nie ma. Dziewczynkę dziwiło to, że mówi o bratowej czy też partnerce ojca, z którym ten w końcu miał dziecko, tak bez emocji, z obojętnością, ale w końcu stwierdziła, że nikt nikomu nie każe kochać powinowatych.

Przez te wszystkie lata, Ela nie wyjeżdżała nigdzie z ojcem: zero wspólnych wakacji, czy nawet krótkich wypadów na narty albo na dłuższy weekend.

Dziewczynka wyjeżdżała sama na obozy i kolonie; ojciec twierdził, że ma mnóstwo pracy i nawet podczas urlopu jest zajęty dodatkowym zleceniami. Wychodził wtedy codziennie na kilka godzin.

 

W tym roku Ela skończyła czternaście lat. Wieczorem, dnia poprzedzającego urodziny, dziewczynka czuła dziwny niepokój. Nie była to zwykła ekscytacja, jaką już znała. Wiedziała, że ojciec wymyśli na kolejny dzień coś miłego, tym bardziej, że będzie to sobota. Może pójdą razem do kina i na obiad, a może do ZOO lub do nowo otwartego parku wodnego. Ela lubiła te wspólne wyjścia, zwłaszcza że ojciec miał dla niej na co dzień niewiele czasu. Tym  razem jednak radość i ekscytacja były przytłumione przez jakieś niemiłe zdenerwowanie. Dziewczynka zasnęła tej nocy dopiero około pierwszej.

 

Rano obudziły ją zapachy jajecznicy, grzanek, kawy i kakao, dobiegające z kuchni. Tata nie miał w zwyczaju robić takiego śniadania nawet w swoje, ani jej urodziny. Twierdził, że jajka są zdrowsze gotowane i do tej pory rzadko robił odstępstwa od swoich zasad. Zaciekawiona i nieco zaniepokojona Ela szybko się ubrała i pobiegła do kuchni, żeby się zorientować  w sytuacji. Może mają gości…

– Dzień do… – zaczęła powitanie i nie skończyła. Stanęła jak wryta na progu.

Stół był bardzo schludnie zastawiony: półmisek z jajecznicą dymił na samym środku; obok stał koszyk z chlebem, masło, filiżanki i dzbanki z ciepłymi napojami.

Na jednym krześle siedział ojciec, a na drugim kobieta, która wydała się Eli znajoma.

– Dzień dobry – bąknęła cichutko dziewczynka i spojrzała pytająco na ojca.

– Elu, to twoja mama – powiedział po prostu mężczyzna.

– Jak to? – wykrztusiła Ela. – Przecież mówiłeś, że nie żyje.

– Usiądź, proszę. Wyjaśnię ci.

Dziewczynka w pierwszym momencie nie chciała słuchać, ale w końcu zdecydowała dać ojcu szansę, bo gestem dał jej znać, że bardzo mu zależy, by go wysłuchała. Niechętnie i ociągając się, Ela przysiadła półgębkiem na wolnym taborecie. Ojciec westchnął i zaczął mówić.

– Ja i twoja mama nigdy nie byliśmy małżeństwem. Poznaliśmy się na imprezie integracyjnej w mojej poprzedniej pracy. Zakochaliśmy się w sobie i Marzena zaszła dość szybko w ciążę. Zamieszkaliśmy razem; urodziłaś się ty. Było nam dobrze. Kiedy miałaś prawie cztery latka, Marzena powiedziała, ze zakochała się w kimś innym i ze jest w trzecim miesiącu ciąży. Z nim… Wyprowadziła się i unikała kontaktu z nami. Od znajomych dowiedziałem się, że urodziła dwóch chłopców. A później uległa fatalnemu wypadkowi. Zapadła w śpiączkę. Kiedy się wybudziła, musiała wszystkiego uczyć się od nowa. Dlatego nie bywałem tak długo w domu; pomagałem jej w rehabilitacji i powrocie do normalnego życia. To trwało latami. Tamten partner Marzeny przestał się nią interesować. Łożył na dzieci, którymi zaopiekowała się jego matka, oburzona postawa syna; nie zdołała jednak prośbą ani perswazją zmienić jego nastawienia do matki jego dzieci. Teraz już tamten związek nie istnieje. Zdecydowałem więc, że Marzena i jej dzieci zamieszkają z nami. Zmienimy mieszkanie na większe i sobie poradzimy.

Zapadła niezręczna cisza.

– Ot tak, po prostu, bez pytania mnie o zdanie, że przyjmujesz pod dach kobietę, która wypięła się na ciebie i na mnie? Przyjmujesz ją pod nasz dach wraz z jej dziećmi, które są dla nas obce? – Ela cedziła słowa, by od razu nie wybuchnąć.

– Kocham twoją matkę, cały czas ją kochałem. Nie mogę jej tak zostawić.

– A mnie kochasz?

– Co takiego?!

– Czy mnie kochasz?

– Masz wątpliwości? – ojciec wyglądał na zgorszonego.

– W tej chwili tak! – Ela przestała się opanowywać. Wstała i nie hamowała już gniewu. – Przez tyle lat wszyscy pozwalaliście mi wierzyć, że moja matka nie żyje lub nas opuściła i że to zamknięty rozdział naszego życia! A ty – Ela zwróciła się do kobiety. – Nie mogłaś się kategorycznie zdecydować, kogo naprawdę kochasz, kiedy był  na to najwłaściwszy moment?!

– Ja…

– Mniejsza już o to! Róbcie, co chcecie, bo i tak nikt się ze mną nie liczy! Jadę do babci!

– Opanuj się, nigdzie nie jedziesz! – ojciec wyglądał na wściekłego.

– Jestem opanowana, jak na taką sytuację – syknęła Ela. – I nie zmuszaj mnie, żebym uciekła!

– Stanowczo żądam, żebyś przestała! – ojciec podniósł głos, po raz pierwszy w życiu krzyknął na córkę.

– Co takiego?! Ty masz prawo nie liczyć się z moimi uczuciami, a ja mam szanować twoje? – z oczu Eli pociekły łzy. – Bo co? Bo jestem dzieckiem?! Niedoczekanie!

Ela odwróciła się na pięcie i pobiegła do swojego pokoju. W godzinę spakowała swoje rzeczy i zadzwoniła do babci. Kobieta szybko przyjechała i kiedy wysłuchała całej historii, spojrzała zimno na swojego syna i jego towarzyszkę.

– A wiec to tak! Przez tyle lat oszukiwaliście siebie nawzajem, mnie, własne dziecko i wszystkich innych?

– Mamo…

– Nie, Piotrze! Żadne „mamo”! Nie tak cię wychowałam! Przynajmniej teraz zachowaj się jak mężczyzna! Oboje zachowajcie się jak dorośli! Pozwólcie Eli przeprowadzić się do mnie i w pierwszej kolejności ochłonąć. Później porozmawiamy o reszcie.

 

Dziewczynka opuszczała mieszkanie w milczeniu. W tej chwili było jej obojętne, jak ojciec rozwiąże sytuację. Póki co, nie chciała widzieć ani jego, ani kobiety, która miała być podobno jej matką.

 

Adres: 15a/ 33

 

Adama obudził uporczywy dzwonek do drzwi. Była sobota; mężczyzna usiadł niezadowolony.

– Co się dzieje? – Monika podniosła głowę z poduszki. – Umawiałeś się z kimś na tak blady świt?

– Cóż, jest już dziewiąta, ale nie byłem aż tak szalony. Chciałem się wyspać. Poczekaj, załatwię to.

Adam zarzucił na siebie szlafrok i ruszył do przedpokoju zawiązując pasek na supeł.

– Idę już, idę! – krzyknął w połowie drogi, by uniknąć kolejnych dzwonków. Głowa go trochę ćmiła po wczorajszej prywatce u znajomych. Doszedł do drzwi i wyjrzał przezornie przez wizjer. Zobaczył elegancką kobietę w średnim wieku. Nie znał jej. Zaintrygowany odpiął łańcuch, przekręcił zamek i uchylił lekko drzwi.

– Dzień dobry, w czym mogę pani pomóc?

– Pan Adam Marek?

– Tak.

– Cóż, adres też się zgadza – kobieta rzuciła okiem do notesu.

– O co chodzi?

– Może jednak zaprosi nas pan do środka?

– Nas?

– Tak, nas – kobieta sięgnęła za plecy i pociągnęła za rękę dziewczynkę, która ukrywała się za nią. – Nazywam się Jadwiga Nowak i pracuję w pomocy społecznej, nie, nie w tym mieście, spokojnie. A to jest Marysia. Jej matka wskazała pana jako jej ojca.

– To jakaś pomyłka – w głosie Adama zabrzmiała irytacja. – Ja nie mogę mieć dzieci, nigdy nie mogłem. Mam na to papiery lekarskie.

– Kochanie, co się dzieje? – Monika, zaniepokojona przedłużającą się nieobecnością narzeczonego, postanowiła sprawdzić, co się dzieje.

– Ktoś próbuje wmówić mi ojcostwo, kochanie.

– A to dobre! – Monika wybuchła śmiechem. – Przepraszam, Adasiu, nie powinnam się śmiać – zamilkła zakłopotana.

– Nie szkodzi, już się z tą myślą oswoiłem, wiesz przecież – mężczyzna uśmiechnął się do narzeczonej.

– Ale ta pani chyba nie wie. Zaproś gości, pogadacie przy śniadaniu.

– Chyba masz rację, nie chcę kłopotów, to trzeba wyjaśnić od razu – Adam otworzył drzwi na ośmiesz i wpuścił gości. Zaprosił kobietę i dziewczynkę do salonu. Sam szybko się przebrał i dołączył do nich w ciągu dwóch minut. W tym czasie Monika szybko narzuciła na siebie dres i zajrzała do salonu.

– Może wezmę Marysię do kuchni? Porozmawiacie spokojnie. Zaraz narobię kanapek.

– Ależ proszę sobie nie robić kłopotu – zaoponowała Jadwiga.

– Żaden kłopot. Przyjechałyście chyba pociągiem? – Monika pociągnęła nosem.

– Tak, nie da się ukryć; ktoś w dodatku kopcił papierochy w przedziale obok, mimo że to był wagon dla niepalących. Przesiąkłyśmy dymem. Przepraszam.

– Proszę się nie przejmować. Na pewne rzeczy nie mamy wpływu. – uśmiechnęła się Monika. – Chodź, kochanie. Co wolisz: kanapki czy jajecznicę?

– Jajecznicę – wyszeptała Marysia.

– Świetnie, ja też; zaraz zabierzemy się za śniadanie.

Kiedy Monika z dziewczynką zniknęły w kuchni, Adam zwrócił się do Jadwigi:

– Twierdzi więc pani, że ktoś okazał się na tyle dowcipny, by posądzić mnie o ojcostwo tej małej?

– Tak, chodzi konkretnie o panią Teresę Kowalską – Jadwiga podała Adamowi zdjęcie pokazujące Marysię z jakąś kobietą. – Znał ją pan?

Adam zmarszczył czoło; w jego oczach pojawiło się zaskoczenie.

– Tak, ale to była dziewczyna mojego brata bliźniaka, Janusza. Co się dzieje teraz z Teresą?

– Nie żyje. Białaczka. Zostawiła list, w którym wskazała pana jako ojca.

– Straszne. Janusza też już nie ma – Adam posmutniał.

– Co się stało?

– Powiedziałbym, że na swój sposób prowadził niezdrowy tryb życia, zbyt ryzykowny, znaczy się.

– Papierosy, alkohol, narkotyki?

– Nie, nie, nie to. Był uzależniony od adrenaliny, niezbyt legalnych transakcji i niewłaściwego towarzystwa.

Do pokoju weszła Monika z tacą, na której stały dzbanek z herbatą, dwie filiżanki i półmisek z kanapkami.

– Gdzie jest Marysia? – zaniepokoiła się Jadwiga.

– Ogląda kreskówki w kuchni i wcina jajecznicę.

– Dziękuję, że pani się nią zajęła.

– Nie ma sprawy. Lubię dzieci – uśmiechnęła się blado Monika i wyszła z pokoju.

– Tak, lubi. Ale nie będzie ich miała – westchnął Adam.

– Mogę spytać, dlaczego?

– Boi się. W jej rodzinie jest za dużo przypadków wad genetycznych i ciężkich chorób. Nie chce ryzykować i skazywać na to kolejnego dziecka. Dlatego zgodziła się ze mną być. Zakochaliśmy się w sobie, ale ostrzegłem ją, że nie mogę mieć dzieci. Byłem u kilku lekarzy, mam wyniki na piśmie – Adam sięgnął do sekretarzyka  i podał Jadwidze brązową teczkę. – Teraz rozumie pani naszą reakcję na pani słowa o ojcostwie?

– Cóż, mała jest trochę do pana podobna.

– Może mieć nawet tę samą krew, choć mam jedną z najrzadszych. Ale i Janusz ją miał.

– Jednak Teresa wyraźnie napisała, że to pan jest ojcem; podała pana dane. Nie miała już żadnej rodziny, która mogłaby się zająć Marysią.

– Ile mała ma lat?

– W czerwcu skończyła osiem.

– Hmmm… To by się zgadzało.

– Co takiego?

– Około dziewięciu lat temu Janusz była przez jakiś czas z Teresą. Nigdy jej nie spotkałem na żywo. Mój brat unikał przedstawienia Teresy zarówno mnie, jak i naszym rodzicom. Pewnie dlatego, że musiał się jej przedstawić moim imieniem.

– Dlaczego miałby to robić?

– Bo miał już wtedy zszarganą opinię w naszym miasteczku. Kiedy dostałem pracę w stolicy, zaproponowałem mu, żeby pojechał ze mną. Miałem nadzieję, że tu oderwie się od towarzystwa spod ciemnej gwiazdy, znajdzie pracę, ustatkuje się i sprowadzi Teresę. Myliłem się. Po kilku miesiącach tkwił po uszy w kłopotach. Zginał przypadkowo w strzelaninie. A Teresa musiała być już w ciąży, kiedy wyjeżdżaliśmy. Ciekawe, czy Janusz wiedział… Mnie w każdym  razie nic nie powiedział. Istnieje pięćdziesiąt procent szans, że nie był tego świadomy…

– Cóż, w takim razie sprawa się komplikuje. Nawet gdyby pan chciał być rodziną zastępczą dla Marysi, sprawa nieco się przedłuży i będzie wymagała rozpatrzenia. To wszystko trzeba będzie wyjaśnić, zrobić badania genetyczne…

– A co przez ten czas stanie się z Marysią? – Adam przerwał kobiecie potok słów.

– Pewnie zostanie umieszczona w domu dziecka, pogotowiu opiekuńczym albo w najlepszym wypadku w rodzinie zastępczej.

Przez chwilę zapadło milczenie. Jadwiga pozwoliła sobie na łyk herbaty, a Adam myślał nad czymś usilnie. W końcu spojrzał na gościa i zapytał niepewnie:

– Czy mogę panią poprosić, żeby zaczekała pani z Marysią w kuchni przez kilka minut? Muszę pilnie porozmawiać z Moniką.

– Ale tylko przez kilka minut.  O wpół do dwunastej mamy pociąg powrotny. Chciałabym mieć coś jeszcze z soboty.

– Oczywiście, obiecuję, że się pospieszymy – uśmiechnął się Adam.

 

Jadwiga patrzyła na bladą i chudą ośmiolatkę wpatrzoną w telewizor. Przed nią, na stole, stał pusty talerz po jajecznicy i szklanka z niedopitą herbatą. Kobiecie było bardzo żal dziewczynki. Mała dużo ostatnio przeżyła. Źle by było, gdyby do tego wszystkiego dopisać dalszą tułaczkę po instytucjach lub obcych ludziach, u których i tak może nie zagrzać na długo miejsca.

Z salonu dobiegały Jadwigę ciche głosy Adama i Jadwigi. Rozmawiali spokojnie; wydawało się, że dobrze się rozumieli. Wyglądali na miłych ludzi, którzy się kochali.

W końcu drzwi otworzyły się i mężczyzna zaprosił Jadwigę z powrotem do salonu.

– Chcemy zająć się Marysią. W przyszłym miesiącu się pobieramy. Chcę panią jednak o coś prosić: czy byłoby możliwe, żeby pani zachowała tylko dla siebie to, co tu dziś słyszała?

– Co takiego? – poczucie ulgi mieszało się u Jadwigi ze zdziwieniem.

– No, że to mój brat jest ojcem. I tak Teresa wskazała mnie, więc…

– Cóż, wie pan, i tak musimy sprawdzić, czy kobieta napisała prawdę. Wie pan, będą potrzebne badania genetyczne…  W akcie urodzenia Teresa kazała wpisać tylko imię ojca…

– No tak, to komplikuje mój zamysł. Ale mam przyjaciela, prawnika, który zajmuje się takimi sprawami rodzinnymi – Adam podał Jadwidze wizytówkę. – Czy pani mówi coś to nazwisko?

– Tak, to przecież sława! Jeśli to on zajmie się sprawą, na pewno wszystko potoczy się szybko i bez zbędnych komplikacji.

– Świetnie, w takim razie w poniedziałek zaczynamy działać. Zrobimy badania i poradzę się Pawła, jak ułatwić całą sprawę dla dobra dziecka. Będziemy w kontakcie.

– Naprawdę bardzo się cieszę – Jadwiga czuła już zupełną ulgę, widząc że Adam podchodzi do sprawy odpowiedzialnie. – Zostawię panu telefon do mnie.

– Zadzwonię najpóźniej we wtorek. Będę już znał pierwsze wskazówki. Później w moim imieniu będzie już działał Paweł.

 

Ten wieczór z pozoru nie różnił się od wielu pozostałych, które Monika i Adam ze sobą spędzili, a jednocześnie był zupełnie inny. Zaczynał się nowy rozdział w ich życiu.

– Bardzo się cieszę – Monika wyglądała na naprawdę szczęśliwą.

– A ja sam nie wiem. To znaczy cieszę się, ale nie wiem, czy sobie poradzę…

– Przecież pomogę ci, głuptasie…

 

 

Adres: 3/120

 

Edyta obudziła się z bólem głowy. Z trudem otworzyła oczy i natychmiast zamknęła je z powrotem; oślepiło ją światło słoneczne wpadające przez niedbale zasłonięte okno. Musiało być już południe.

Dziewczyna nie pamiętała, kiedy wróciła z Sylwestra i przede wszystkim, jak dostała się do domu. Ostatnią rzeczą, której była pewna to to, że wzniosła ze wszystkimi  znajomymi toast noworoczny, a później – trochę zmęczona tańcem – dosiadła się do Eli, Anki i Kryśki, które już od jakiegoś czasu tkwiły przy barze i zaczęły plotkować, zamawiając co chwila drinki. Edycie dosyć szybko urwał się film, bo już wcześniej tej nocy nie stroniła od alkoholu.

 

Dziewczynie w końcu udało się zwlec z łóżka i dotrzeć do łazienki. Odświeżający prysznic przyniósł sporą ulgę. Ból głowy zmienił się w lekkie ćmienie. Edyta założyła szlafrok i poszła do kuchni, żeby zrobić sobie herbaty. W tym momencie zadzwonił telefon.

– Halo, Krysia? – Edyta była trochę zdziwiona; przyjaciółka nigdy nie dzwoniła do niej w Nowy Rok, wiedząc, w jakim stanie wraca zazwyczaj z sylwestrowej zabawy.

– O, Bogu dzięki! Chciałam się tylko upewnić, czy wszystko OK.; prawie nie zmrużyłam oka przez ciebie.

– Przeze mnie? – zdziwiła się jeszcze bardziej Edyta. – A czemuż to? Przecież odwoziłaś mnie, jak zwykle z Rafałem, prawda?

– No, właśnie tym razem nie – głos Kryśki zdradzał, że było jej trochę niezręcznie. – Wracałaś z Michałem.

– Z Michałem? – Edyta zrobiła wielkie oczy. – Z jakim Michałem? W naszej paczce nie ma żadnego Michała…

– Ach, Michał to kuzyn Anki. Wpadł do nas na zabawę. Przyjechał ponoć ze Stanów na święta. Po kilku drinkach puściły ci hamulce i niemal rzuciłaś się na niego. Fakt, że niezłe z niego ciacho, ale to do ciebie nie podobne. A później on zaproponował, że cię odwiezie, bo widział, że z każdym drinkiem jest z tobą coraz gorzej.

– Co ty opowiadasz? – Edycie robiło się coraz mniej do śmiechu. – Wsiadłam do auta z obcym facetem? Podałam mu mój adres?! Dlaczego mnie nie powstrzymałaś?!

– Próbowałam, ale jeszcze jedno słowo i byś mnie pobiła.

– Boże, ja nic nie pamiętam! – Edyta oparła głowę na ręku.

– Hej, najważniejsze, że jesteś cała i zdrowa w domu – próbowała ją pocieszyć przyjaciółka.

– Fakt, w jednym kawałku, ale czy zdrowa…?

– Co masz na myśli?

– No, wiesz, jeśli do czegoś doszło, to mogłam dostać jakąś niemiłą pamiątkę…

– Ciąża?

– Nie tylko, może jakieś choróbsko. Co ja mam teraz zrobić?

– Tak od razu się tego wszystkiego nie dowiesz.

– Wiem, najgorsze jest czekanie i niepewność – głos Edyty zdradzał coraz większe załamanie.

– Przyjadę do ciebie – zaofiarowała się Kryśka. – I nie oponuj. Nie możesz być teraz sama…

 

Po pół godzinie dał się słyszeć dzwonek do drzwi.

– Kryśka, to ty? Chyba światłowodem tu przyjechałaś… Ach… – Edyta zastygła w drzwiach. W sieni stał wysoki blondyn.

– Dzień dobry; jestem Michał.

– Ten Michał?

– To ja cię odwiozłem do domu. Uznałem, że powinienem przyjść pogadać, żebyś sobie czegoś nie pomyślała.

– Wejdź. – zmieszana Edyta wpuściła gościa. Nadal miała na sobie szlafrok i lekką koszulkę pod nim. – Siadaj, przebiorę się tylko. Nie spodziewałam się nikogo poza przyjaciółką.

– Spoko, mam trochę czasu.

 

Kiedy po kolejnej półgodzinie na miejsce dotarła także Kryśka, zastała przyjaciółkę w znacznie lepszych humorze i w towarzystwie przystojnego Michała. W pierwszym momencie nie wiedziała, co robić; może powinna zostawić parę samą? Edyta jednak stanowczo poprosiła przyjaciółkę, by została.

– Michał mi wszystko opowiedział. Po prostu odwiózł mnie do domu. Zamówił taksówkę. I dziś przyszedł, żeby ze mną pogadać.

– I trochę ochrzanić – przyznał się Michał. – Gdybyś trafiła na kogoś nieporządnego, to wiesz, co mogłoby się stać?

– Wiem, moralizatorze – westchnęła Edyta. – Wciąż postanawiam, że będę się bawić bardziej wstrzemięźliwie, jeśli chodzi o alkohol i od kilku lat nic z tego nie wychodzi.

– Może nie ma obok ciebie osoby, która z odpowiednią stanowczością powstrzymałaby cię w odpowiednim momencie.

– Mam przyjaciółkę, koleżanki…

– Ale po alkoholu zmieniasz się bardzo. One sobie z tobą nie dadzą rady. A ja…

– Ty? Co chcesz przez to powiedzieć?

– Czy możemy też zostać znajomymi? Pokażę ci uroki zabawy przy jednym drinku, zamiast przy ich hurtowej dawce – zaśmiał się Michał.

– Super. Czekajcie, przyniosę sok i wzniesiemy noworoczny toast! – Edyta wybiegła z pokoju. Poczuła, że wstępuje w nią nowa nadzieja i że właśnie nastąpił początek czegoś nowego, może nareszcie lepszego w jej życiu.