Miasteczko z pogranicza

Karolina wyszła przed dom, przeciągnęła się i spojrzała w niebo. Powietrze stało. Słońce świeciło z całą mocą, jednak dawało się odczuć nie palący żar, a miłe ciepło. Ostatnio było tak spokojnie i cicho. I jakby mniej piasku i kurzu, które wcześniej zawsze dawały się we znaki. W końcu niedaleko była pustynia, a i pozostałe gleby piaszczyste.

Z kuchni dał się słyszeć gwizd czajnika. Kobieta westchnęła i weszła do środka. Zaraz wrócą ze szkoły dzieci, później mąż z pracy i do wieczora nie będzie miała czasu spokojnie usiąść.

***

– Stefan, to ty? – Karolina wychyliła się z kuchni.

– Tak!

– Co tak późno, kochanie?

– Nie uwierzysz; nie dowieźli dostawy części. To już drugi raz w tym miesiącu. Wcześniej to było nie do pomyślenia.

– Dzwoniliście do nich?

– Oczywiście, ale nikt nie odbiera. Dziwne. Wydawało nam się, że podpisaliśmy umowę z poważną firmą. Mieli zawsze dobre opinie.

– Siadaj. Zaraz podam obiad. Zosia! Janek! Do stołu!

Kiedy cała rodzina zasiadła do posiłku, przez chwilę nikt się nie odzywał. Milczenie przerwał Stefan.

– Co tam w szkole?

– Odwołali naszą wycieczkę do Muzeum Przyrodniczego. Mieliśmy jechać zaraz po weekendzie – Zosia wydawała się bardzo przybita.

– A to dlaczego? – zdziwiła się Karolina.

– Nasza nauczycielka od biologii od tygodnia nie pojawiła się w szkole, a to z nią mieliśmy jechać. Dyrektor koniecznie chce wyjaśnić tę sprawę i odwołał wszelkie wyjścia i wycieczki klasowe w najbliższym miesiącu.

– To nienormalne – fuknął Stefan. – Odbierać dzieciakom możliwość dokształcenia się… Ale podobno ten Zenek od mechanika też zniknął.

– A co na to policja?

– Podobno działają; minęło 48 godzin, więc musieli podjąć działania po zgłoszeniu.

– Dziękuję, więcej nie zjem – wtrącił się Janek. – Mogę wyjść?

– A dokąd?

– Do Pawła. Chcemy obejrzeć nowy film.

– Dobra, ale bądź do dziesiątej z powrotem.

– Mamo, jest piątek…

– Bardzo cię proszę, synku. Bądź do dziesiątej – powtórzyła mama. Ojciec kiwnął głową wyraźnie ją popierając.

– I wolałbym, żebyś zadzwonił, to przyjdę po ciebie.

– Oj, tato!

Stefan machnął ręką.

– Zadzwonię do ojca Pawła, żeby go odprowadził – Stefan ubiegł niepokoje Karoliny.

Chłopak westchnął, podziękował, wstał od stołu i poszedł się przebrać. Pół godziny później rzucił ogólne „cześć” i wyszedł.

***

– Co się dzieje z tym telefonom?! – Stefan wyglądał na zirytowanego – Ostatnio nie można wykonać żadnej zamiejscowej.

– Ty też masz z tym problem… – nie wiadomo, czy było to pytanie, czy stwierdzenie. Karolina wycierała ręce ściereczką do naczyń i patrzyła na męża zamyślona. – Próbowałam zadzwonić do mamy. I do Michała. I nic… A z pracy? Próbowałeś?

– Nie da się – Stefan wzruszył ramionami. – Szef chodzi wściekły. I w ogóle wszyscy ostatnio mają z tym problem.

– Podobno dwoje dzieci zaginęło. Poszły pobawić się na łąkę, tuż za miastem i nie wróciły. Ich ślady nagle się urwały…

– Porwanie? – w oczach Stefana pojawiło się przerażenie.

– Nie wiadomo – Karolina wzruszyła ramionami. – Tam, gdzie urywały się ślady dzieciaków, nie było innych odcisków, ani butów, ani opon. Nic…

W tym momencie trzasnęły drzwi wejściowe.

– Już jesteśmy!!!

– Dzieciaki… – Karolina ocknęła się z zamyślenia. – Idziesz dziś z nimi popływać?

– Tak, ale chyba pójdziemy na basen. Nie będę ryzykował wyjazdów za miasto.

– Słusznie. I zróbcie zakupy, jak będziecie wracać…

***

W Ratuszu  wrzało.

– Proszę o spokój! – burmistrz starał się zapanować na sytuacją. Wciąż ocierał czerwoną, spoconą twarz chustką i ledwo stał na nogach. Był wyczerpany. Wydarzenia ostatnich dni zdestabilizowały dotychczasowe spokój i równowagę, panujące od zawsze w miasteczku.

Gwar na chwilę przycichł i burmistrz wykorzystał to:

– Dobrze, kto podsumuje sytuację?

– Ja! – zerwał się radny McGrey.

– Zapraszam – burmistrz zszedł z mównicy i usiadł obok.

– Szanowni państwo, wszyscy widzimy, co się dzieje. Pozwoliłem sobie na własną rękę zebrać spostrzeżenia mieszkańców. Oto one:

Po pierwsze: odnotowaliśmy brak przyjezdnych. Niemal każdy z nas ma krewnych poza miasteczkiem i to takich, którzy czasem nas odwiedzają. Wielu mieszkańców spodziewało się gości i nic; od kilku tygodni nikt nie przyjechał, ale i się nie odwołał.

Po drugie: nie można się dodzwonić do nikogo spoza miasteczka.

Po trzecie: nie przychodzą dostawy do naszych sklepów i punktów usługowych. Zaczyna wszystkiego brakować. Naszych zapasów wystarczy może na miesiąc…

Po czwarte: każdy, kto wyjdzie lub wyjedzie poza granice miasteczka, już nie wraca i nie można ustalić, co się z nim stało…

Po piąte: tym razem chyba pozytywne spostrzeżenie: nikt nie choruje i miały miejsca jakieś cudowne uzdrowienia…

– Panie McGrey, jakieś wnioski? – burmistrz był zmęczony. Na dziś miał już dosyć.

– Nie, panie burmistrzu. Niestety brak… Chciałem skontaktować się jakoś z uniwersytetem w tej sprawie, ale niestety, w związku powyższym jest to niemożliwe.

– Proszę państwa – burmistrz wstał i zwrócił się do zebranych. – Proponuję, żebyśmy rozeszli się do domów. Niech każdy poszpera, poszuka we własnym zakresie, popyta. Spotykamy się jutro o czternastej.

Sala opustoszała. Burmistrz zignorował bałagan pozostawiony przez radnych: niepozasuwane krzesła, papierki i chusteczki, które powypadały kilku osobom z kieszeni i uchylne okno. Sam skierował się powoli ku wyjściu. W tym momencie do sali wpadł jego syn. Nie mógł przez chwilę złapać tchu.

– Tato, tato…

– Synku, co tu robisz? Zaraz byłbym w domu…

– Właśnie mówili w telewizji… Nasze miasteczko trzy tygodnie temu przestało istnieć… Pokazali pustkę, zdewastowany teren…

– Synu, co ty opowiadasz?!

– Nie zmyślam, tato! Udało mi się nagrać powtórkę z Trzeciego Kanału. Wojsko testowało jakiś rodzaj broni. Coś im nie wyszło, wybuchło, czy coś i po prostu… nas zmiotło. My nie żyjemy…

– Jak to, nie żyjemy?! Przecież rozmawiamy ze sobą. Radni właśnie wyszli. Wyjrzyj przez okno. Widzisz przechodniów?

– Widocznie ugrzęźliśmy między światami… Tak czasem bywa, kiedy ktoś nie zdaje sobie sprawy, że przeszedł na drugą stronę… Czytałem o tym.

– Chodź ze mną. Idziemy do księdza i naradzimy się, co zrobić.

***

Na drugi dzień, z samego rana, w wielu punktach miasteczka zostały porozlepiane ogłoszenia zwołujące walne zebranie wszystkich mieszkańców na Rynku na godzinę dziesiątą, kolejnego dnia. Pod spodem widniał zdecydowany zakaz opuszczania granic miasta przed tym wydarzeniem.

Dziwny to był dzień, chyba najdziwniejszy, odkąd zaczęły się te wszystkie niepojęte zmiany i wydarzenia. Dzieci zostały zwolnione ze szkoły. Sklepy i wszelkie punkty usługowe niby były otwarte, ale życie toczyło się tak jakoś sennie, nadzwyczaj sennie… Ludzie przystawali w mniejszych lub większych grupkach i rozmawiali półgłosem. Dzieci też zbiły się w grupki; nie biegały, w nic nie grały, tylko albo słuchały rozmów dorosłych albo same coś między sobą szeptały.

Nazajutrz, o wskazanej godzinie, wszyscy mieszkańcy, bez wyjątku, stawili się we wskazanym w ogłoszeniach miejscu.

Na mównicy już stał burmistrz, jego zastępca, doradca oraz ksiądz. Czekali aż tłum się uspokoi.

– Moi drodzy – burmistrz podniósł prawą rękę i poprosił gestem o ciszę. – Moi drodzy, chyba wszyscy już wiemy, po co to zebranie. Oglądaliśmy wczoraj wiadomości. Tak naprawdę niewiele wiemy, bo informacje wojskowe są zazwyczaj tajne. To co ujawniono, musiało zostać powiedziane, bo – podobno – nasze miasteczko już nie istnieje. Trudno ukryć nagłe zniknięcie tak dużej osady przy głównej trasie. Zbyt wielu przejezdnych o niej wiedziało… Dla żyjących nie istniejemy… Umarliśmy. Ale przecież wciąż istniejemy. Utknęliśmy między światami. Rozmawiałem z księdzem, nauczycielami i wszystkimi mieszkańcami, od których mogłem liczyć na rozsądną radę w naszej sytuacji. Mamy na szczęście dwóch znawców tematu; nie zdradzę jednak, kto to, chyba że sami zdecydują się ujawnić… W każdym razie naszą drogą do przejścia dalej, jest opuszczenie granic miasteczka, tak jak to zrobiło kilkoro naszych mieszkańców… Zastanawialiśmy się, jak to zrobić… Czy poczekać, aż wszyscy będą na to gotowi i przejść razem…? Czy pozwolić, aby każdy przechodził we właściwym dla siebie momencie…? Osobiście uważam, że wszyscy powinni zadecydować sami za siebie.

Kochani, być może jesteśmy po raz ostatni wszyscy razem, w jednym miejscu. Proponuję zorganizować dzisiaj festyn. Niech każdy przyniesie to, co ma. Pewnie zauważyliście, ze potrzebujemy coraz mniej jedzenia, więc niedługo zapasy tego typu nie będą nam wcale potrzebne… Przynieśmy tu wszystko, co sprawi, że będziemy się dobrze razem bawić. Do zobaczenia po południu! – burmistrz uśmiechnął się.

Wszyscy zauważyli, że odetchnął z ulgą, jakby zdjął ze swych pleców jakiś ogromny ciężar. Wszyscy mieszkańcy poczuli coś podobnego. Nagle cały niepokój gdzieś zniknął, choć swego rodzaju niepewność pozostała. Ale pojawiła się radość… Wszyscy zaczęli się do siebie wzajemnie uśmiechać.

A po południu odbył się wielki, rodzinny piknik mieszkańców miasteczka. I trwał on długo, może nawet do dziś dnia na głównym placu dają się jeszcze słyszeć muzyka, śmiechy i rozmowy…