Mogiła

– Jak to, nie żyje? – kierownik był szczerze zaskoczony i w szoku. –  N a s z  pan Henio?

– Tak – Janek pokiwał głową ze smutkiem. Chłopak terminował w zakładzie, a Henryk, najstarszy pracownik, przyuczał go do zawodu. To właśnie Janek znalazł swojego opiekuna leżącego bez życia na podłodze wynajmowanego mieszkanka…

***

Nikt dokładnie nie pamiętał, jak długo pan Henryk pracował w miejscowym zakładzie pogrzebowym. Kiedyś, przed laty, przyprowadził go tu policjant.

– Panie Antoni!

– O! Pan władza… W czym mogę służyć? – kierownik odłożył czytane właśnie dokumenty i zaprosił gości gestem, by usiedli.

– Mam do pana taką prośbę. To jest pan Henryk. Sprawa jest trochę skomplikowana, gdyż na skutek wypadku stracił pamięć i tak naprawdę nie wie, kim jest. I tak już od kilku lat. Wystąpił niedawno o nadanie tożsamości, bo chce jakoś ułożyć sobie życie. I my mu w tym pomożemy. Pan Henryk ma już wyrobione nowe dokumenty, wynajęte mieszkanko i teraz potrzebuje pracy. Słyszałem, że u pana zwolniło się miejsce.

– Tak, Michał wyprowadził się do stolicy. Ale cóż – Antoni popatrzył na Henryka z pewną dozą wątpliwości. – Nie będę owijał w bawełnę… Czy pan kiedyś pracował fizycznie?

– Nie pamiętam…

– No tak. Przepraszam za nietakt. Na oko ma pan ponad 40 lat… Jak tam z krzepą? Bo widzi pan, mogę panu zaproponować tylko posadę grabarza. Czasem pracy jest sporo…

– Cóż – głos Henryka brzmiał niepewnie. – Na razie nie mam wyjścia. Zrobię, co w mojej mocy.

– Przyjmę pana na okres próbny – westchnął Antoni. Uścisnął dłoń policjantowi, który dał jeszcze dotychczasowemu podopiecznemu kilka wskazówek na początek nowego życia i wyszedł.

***

I tak Henryk rozpoczął pracę grabarza. Wykonywał ją skrupulatnie i wkrótce zaczął być dawany innym pracownikom za przykład.

Można było liczyć na niego w każdej chwili, nawet przy nagłych wezwaniach – w końcu ludzie przenoszą się na tamten świat w o każdej porze doby, bez względu na daty i dni świąteczne.

I tak mijały lata. W zakładzie pogrzebowym zmieniali się pracownicy, w końcu na emeryturę przeszedł też szef, który przyjmował Henryka. A on sam, mimo upływu lat zdawał się nie słabnąć… Zawsze wykonywał swoje obowiązki z godnością i statecznością, nawet jeśli wskazany był pośpiech w nagłej sprawie.

Na przestrzeni lat obecność Henryka  w miasteczku stała się tak oczywista, że nikt już nie pamiętał, jak to było, zanim się tu pojawił.

Także w życiu prywatnym był uczynny  i otwarty, choć z drugiej strony cichy i nie narzucający się. Sąsiedzi wiedzieli jednak, że mogą na niego liczyć. Umiał naprawić kran i drobne usterki elektryczne. Pomagał w łatwych reperacjach aut. Starszej pani Emilii, mieszkającej na tym samym piętrze, zawsze sam proponował zrobienie zakupów.

***

Nic więc dziwnego, że kiedy nadszedł dzień śmierci pana Henryka, było to dla wszystkich, którzy go znali, wydarzenie tak niesamowite i nie z tej ziemi, że po prostu w nie nie uwierzyli. Równie dobrze ktoś mógłby powiedzieć, że pobliska rzeka zaczęła nagle płynąć w drugim kierunku.

Stało się jednak…

Według dowodu osobistego, Henryk był grubo po osiemdziesiątce, choć kiedy aktualny kierownik firmy pogrzebowej zaczął grzebać w jego teczce pracowniczej, nic mu się z tym stwierdzeniem nie zgadzało. Według tego, co sam obserwował i na podstawie informacji od innych najstarszych mieszkańców miasteczka, Stanisław mógł spokojnie mieć grubo ponad setkę…

– No, tak – pan Jurek zamknął teczkę – przecież data urodzenia z dowodu była nadana przez urząd. Pan Henryk wyglądał na jakieś czterdzieści lat, kiedy wydawano mu dokumenty i tak też wpisano. A mógł mieć więcej… To niesamowite…

Próbowano znaleźć jakąś rodzinę i wielu dziwiło to, że dopiero teraz ukazało się kilka ogłoszeń w ogólnopolskich gazetach, jednak niestety, nikt się nie zgłaszał.

***

Henryka pochowano na cmentarzu, na którym pracował, pod pięknym, starym dębem…

***

Pewnego dnia, kiedy już wszyscy oswoili się z myślą, że Henryk  nie żyje, Janek wpadł jak bomba do szefa.

– Szefie! Szefie!!! To niesamowite, ja nie wiem, jak to możliwe…

– Ale co?! – Jerzy podał młodemu szklankę wody i patrzył na niego zdumiony. Janek był do tej pory spokojnym człowiekiem i nigdy nie wpadał do zakładu jak jakiś nieobyty szczeniak, pamiętając o powadze miejsca. Teraz stał zdyszany w drzwiach, spocony i czerwony na twarzy. Kiedy napił się wody, zamachał gwałtowanie rękami.

– Proszę pójść ze mną; muszę to panu pokazać, bo inaczej mi pan nie uwierzy… Błagam pana… bo i ja jeszcze moim oczom nie uwierzyłem. Chcę się upewnić, że nie zwariowałem…

– Dobrze, chłopcze – Jerzy westchnął, zamknął biuro na klucz, rzucił sekretarce: – Pani Zosiu, zaraz wrócę – poszedł za chłopakiem.

– To dokąd idziemy?

– Na grób pana Henryka.

– Byłem tam przedwczoraj, czy coś się stało? – Jerzy zaniepokoił się. – Jacyś wandale?

– Nie, skąd…

Dalej szli w milczeniu, ale im bliżej celu byli, tym większy niepokój odczuwał kierownik.

W końcu stanęli nad miejscem pochówku pana Henryka. Zamiast ziemnej mogiły, czekającej na przepisowy czas, by zostać obmurowaną, stał tu grób z kamienia. Wyglądał na dość stary, tu i ówdzie porośnięty lekko mchem. Przy tablicy stała figura anioła, a obok widniał napis: imię i nazwisko zbyt zatarte, by je odczytać oraz daty urodzenia i śmierci: 1745-1845.

***

– Kiedyś ten teren należał do Kościoła – proboszcz dreptał przed Jerzym i Janem prowadząc ich na tyły plebanii. Wkrótce znaleźli się w niewielkim pokoju, w którym znajdowały się trzy szafy ze starymi księgami, prosty stół, dwa krzesła i lampa. Ksiądz podszedł do półki przy drzwiach i sięgnął po jeden z najstarszych woluminów. Położył go delikatnie na stole i zaczął wertować.

– Tak, kiedyś w miejscu dzisiejszego cmentarza, istniał inny, używany do połowy XIX wieku. Później nasze tereny dotykały niepokoje wojenne; stary cmentarz został zniszczony, a istniejące tu miasteczko zupełnie zrównane z ziemią. Po dwudziestu latach totalnego niebytu, odbudowano je już pod inną nazwą. Na szczęście wiele ksiąg kościelnych dotyczących wcześniejszej Parafii, zachowały się dzięki uprzejmości uniwersytetu i jego pracowników, którzy ratowali, co się dało.

– Bardzo dziękujemy – Jerzy pochylił głowę w zamyśleniu. – Dlaczego jednak nic się o tym nie mówi?

– To faktycznie smutne, że dzisiaj lokalna historia nikogo nie interesuje. Porozmawiam o tym z dyrektorem tutejszego zespołu szkół. Dziękuję za poddany pomysł.

– Drobiazg – Jerzy uśmiechnął się słabo.

– To czego szukamy? – ksiądz popatrzył oczekująco na gości.

– Pochówków z 1845 roku.

– Chwileczkę… 1844… O, są, tu jest początek. Ale chwila, chwila, na tej karcie mam tylko dwa pochówki; dwie kobiety… A kolejna karta jest wyrwana… A na następnej mamy już rok 1846. Czy to panom wystarczy?

Jerzy zmarszczył czoło.

– Cóż, to zawsze jakaś informacja…

– Panowie szukacie jakiegoś konkretnego nazwiska?

– Właściwie to nie, powiedzmy, że człowieka, ale nie kobiety.

– Przykro mi – ksiądz posmutniał. – Poszukam tej brakującej kartki, może wpadła za szafę. To stare tomiska, papier w wielu łatwo się kruszy. Jeśli znajdę, dam wam znać.

***

 Mężczyźni pożegnali się z księdzem i wyszli. Przez pewien czas nic nie mówili. Obaj byli zatopieni w myślach.

– Myśli pan, że ludzie zauważą? Jak zareagują?

– Nie wiem… Pozostawmy tę sprawę własnemu biegowi…