Przypadek

Sofia wpatrywała się we wzgórze z niedowierzaniem. Rzuciła okiem na starą fotografię i plan okolicy, trzymane w rękach.

– To na pewno tu – powiedziała głośno. – To jest to wzgórze. Gdzie więc podział się młyn?

Kobieta przyjechała z zagranicy poszukując swoich korzeni oraz miejsc związanych ze znaną już sobie historią rodziny.

Wieś Mała-Niebieskie powstała w XV wieku. W najgorszych czasach mieszkało w niej zaledwie siedem rodzin, a najlepszych – czterdzieści pięć.

Przodkowie Sofii pochodzili właśnie z tych stron. Kobieta znalazła trochę zapisków wśród rzeczy babci Teresy.

Kiedy Sofia była mała, babcia lubiła opowiadać dzieciom historie z dreszczykiem. Jedna z nich mówiła o tajemnicy młynarza.

 

Młyn stal tam od zawsze. Nikt nie pamiętał już, kto dokładnie i kiedy go zbudował.

Kiedy byłam mała – opowiadała babcia – młynarzem był Edward. Tak nazywali go wszyscy ze wsi. Pamiętam go jako potężnie zbudowanego mężczyznę koło czterdziestki. Mnie wydawał się już wtedy bardzo stary, ale sama miałam pięć lat. Ogorzały od słońca i silny od dźwigania worków z mąką, był małomówny i raczej stronił od ludzi, jeśli akurat nie dostarczał im zamówionego towaru. Jednak zawsze uczciwy, z każdym zamówieniem przyjeżdżał na czas. Nie miał przyjaciół; trudno zresztą ich mieć, kiedy się unika towarzystwa. Przyjeżdżał, załatwiał sprawę i wracał do młyna.

Nigdy nikogo sam nie zapraszał, ani się nie narzucał, a kiedy ktoś przyjeżdżał złożyć lub sam odebrać zamówienie, Edward nigdy nie zapraszał go do środka, nawet księdza, czy nauczyciela, którzy cieszyli się największym poważaniem..

Raz, Stefan, syn rzeźnika, próbował zajrzeć do młyna, ale do stał od Edwarda straszne lanie. To wystarczyło, żeby nas wszystkich zniechęcić do tego samego, choć w dalszym ciągu  zjadała nas ciekawość. Rodzice jednak zakazali zbliżać się do młyna.

Wkrótce nastał kryzys i rodzina za rodziną migrowała – do miast albo nawet za granicę. Pewnego dnia także my wyjechaliśmy.

 

Sofia wychowała się w mieście, do którego przeprowadziła się babcia z rodziną, pięć lat po zawarciu małżeństwa. Dziadek dostał tu intratną pracę, więc trzeba było skorzystać z okazji, by polepszyć warunki życia. I tak już zostało – potomkowie nie wrócili na wieś.

Sofia studiowała historię i to spowodowało zainteresowanie przeszłością rodziny i miejscami z nią związanymi.

Babcia posiadała stare, ale dokładne mapy całego kraju – jej mąż, a dziadek Sofii interesował się mapami i każdy wolny grosz przeznaczał na ten cel.

Sofia, po dokładnych przygotowaniach i zaopatrzona w tak utrwaloną wiedzę oraz  wskazówki, ruszyła w drogę.

Wiedziała, że wieś już nie istnieje. Nastał po prostu taki czas, że wyjechali jej wszyscy mieszkańcy. Budynki popadały kolejno w ruinę i dzisiaj niewiele z nich zostało, ale fundamenty nakreślały ich niegdysiejszy kształt. Natomiast po młynie nie zostało kompletnie nic, najmniejszego śladu.

 

– Młyn? – urzędnik popatrzył na Sofię zdziwiony. – Pewnie się rozleciał.

– Wtedy zostałyby ruiny, cokolwiek.

– A mało tu takich, co przywłaszczają sobie gruz?

Sofia westchnęła; chyba w urzędzie nic sensownego się nie dowie. Kiedy wstała i skierowała się odrzwi, urzędnik rzucił od niechcenia:

– Niech pani zajrzy do archiwum; może tam będą jakieś informacje; dam pani jednorazowe zezwolenie na skorzystanie ze zbiorów.

Kobieta wzięła pismo, podziękowała i wyszła.

 

W archiwum siedziała młoda dziewczyna, wyglądająca na stażystkę. To nie napawało Sofii optymizmem; ktoś, kto dopiero zaczynał tu pracę, nie mógł się orientować w pewnych sprawach na tyle, by udzielić jej z miejsca wszystkich posiadanych informacji na interesujący ją temat.

Jakie było jej zdziwienie, kiedy archiwistka od razu skojarzyła, o co chodzi. Sprawdziła coś w komputerze i wyszła na zaplecze. Nie było jej zaledwie dwie minuty; wróciła z cienką, tekturowa teczką.. Spojrzała w akta, porównała coś z informacjami w elektronicznym spisie dla pewności i podała dokumenty Sofii.

– Proszę sobie usiąść przy stoliku pod oknem. Mogę  udostępnić pani te dokumenty na godzinę.

Sofia usiadła we wskazanym miejscu i niemal z namaszczeniem otwarła teczkę. Z lekkim zawodem stwierdziła, że dokumentów w środku jest jeszcze mniej, niż się jej wydawało, a kartki nie są zapisane w całości.

Najpierw Sofia przyjrzała się zdjęciu młyna.  Budynek nie był duży; tym dziwniejsze było, że młynarz nie tylko w nim pracował, ale i mieszkał – tak twierdziła babcia. W takim razie mężczyzna nie miał wiele miejsca dla siebie.

Następnie kobieta przystąpiła do czytania danych: materiał – drewno i kamień; wysokość – około siedmiu metrów; kolor ścian z zewnątrz: jasnobrązowy. Brak opisu wnętrza. Dlaczego?

Wreszcie ostatnia, istotna informacja: budowla w niezmienionym stanie, w całości przewieziona do skansenu.

Wychodząc, Sofia zwróciła się do dziewczyny o skserowanie zdjęcia.

– A gdzie jest ten skansen, o którym mowa w dokumencie?

– Będzie pani jechać samochodem czy autobusem?

– Mam swój wóz.

– Z parkingu wyjedzie pani w prawo, później jakieś dwa kilometry prosto i w lewo, przez las. Na pewno zobaczy pani tablicę informacyjną.

Faktycznie, Sofia bardzo łatwo trafiła do skrzyżowania z leśną drogą. Nieco podniszczona strzałka informowała, że do skansenu dojedzie za siedem minut. Od archiwistki nie dowiedziała się zbyt wiele o tym miejscu; wiedziała tylko tyle, że atrakcję tę otwarto jakieś dwadzieścia lat wcześniej, a jej rozwój od początku był raczej ospały.

„Na miejscu na pewno ktoś opowie mi coś więcej – myślała Sofia. – Dziwne, że skansenu nie ma nam mojej nowej mapie. Jest przecież bardzo szczegółowa”.

 

W pierwszej chwili kobieta pomyślała, że skansen jest tego dnia nieczynny. Na zaniedbanym parkingu nie stało żadne auto oprócz jej.

Budka z biletami była zamknięta; ale szlabanu, po którym zostały tylko podpórki, w ogóle nie było. Nigdzie ani żywej duszy.

Tablica informacyjna bardzo wyblakła i Sofii udało się z trudem odczytać, że sprowadzono tutaj budowle drewniane lub częściowo kamienne z całej okolicy, a które uznano za zabytki zagrożone zupełnym unicestwieniem.

Kobieta zamknęła samochód i uszyła przed siebie. Młyn dostrzegła, kiedy wyszła spomiędzy drzew; stał w pewnej odległości od pozostałych zabudowań skansenu.

Wtem drzwi młyna otwarły się bezgłośnie i stanął w nich mężczyzna, przypominający Edwarda z opowiadać babci.

– Co pan tu robi?

– Niedorzeczne pytanie! Jestem przecież młynarzem.

– Ale przecież… To niemożliwe!

– Co takiego?

Sofia zamilkła zbita z tropu i spuściła głowę. Co teraz? Kiedy znów spojrzała na młyn, nikogo tam nie było.

Podeszła do drzwi nacisnęła klamkę. W środku był zaduch, pachniało kurzem i drewnem; wszędzie wisiały ogromne pajęczyny.

Urządzenie wnętrza pozostało oryginalne; niestety po jego stanie można było przypuszczać, że nikt tu niczego od lat nie konserwował.

Sofia już miała wychodzić, kiedy jej uwagę przykuła drewniana skrzynia pod oknem. Pewnie chowano w niej kiedyś pościel, ubrania albo pamiątki rodzinne.

„Może przetrwało coś w niej do dziś?” – przemknęło Sofii przez głowę. Nie mogła się oprzeć; podeszła do skrzyni i łatwo uporała się z nadgryzionym przez ząb czasu zamknięciem. Wieko łatwo ustąpiło. Sofia rzuciła tylko okiem i krzyknęła przerażona. W skrzyni leżał chłopiec. Był blady, wręcz szary… Nie żył.

 

– To niesamowita sprawa – policjant przyglądał się Sofii badawczo. – Tylko dzięki pani pasji związaną z poszukiwaniem przeszłości rodziny, możemy do końca rozwikłać zagadkę sprzed lat.

– To znaczy? – Sofia z trudem dochodziła do siebie po szokującym znalezisku. Na posterunku opowiedziała wszystko, co było jej wiadomo o młynie i jak doszło do znalezienia ciała. Stwierdzenie policjanta zabrzmiało dość enigmatycznie; był pierwsi osobą, która nie tylko zadawała jej pytania, ale sama coś opowiedziała jej o sprawie.

– Cóż – policjant wskazał na starą teczkę leżącą na biurku. – Edward nie wpuszczał nikogo do domu, wyłącznie dlatego, że był samotnikiem, który przeżył traumę w dzieciństwie. Nie zdawał sobie sprawy z tego, co kryje skrzynia; nie otwierał jej nigdy.

– Kim było to biedne dziecko?

– To młodszy brat Edwarda, Franciszek. Kiedy
Edward miał dwanaście lat, bawił się z Frankiem w chowanego. Nie znalazł brata. Rodzice zgłosili zaginięcie i na tym sprawa się skończyła. Chłopiec musiał zatrzasnąć się w skrzyni; kiedyś była ona opatrzona takim sprytnym zamkiem, którego nie sposób było otworzyć od środka.

– Ale dlaczego nikt do niej nie zajrzał? Dlaczego chłopiec nie krzyczał?

– Być może się udusił lub dostał ataku; miał astmę. A dlaczego rodzina przez tyle lat nie zaglądała do skrzyni? Tego nikt już nam nie powie. To cud, że zwłoki zachowały się w tak dobrym stanie. Może dzięki temu dowiemy się coś więcej o dziecku. Ale i tak to wszystko to po najwyraźniej koszmarny przypadek

 

Sofia jechała do domu. Pusta droga sprzyjała wygodnej jeździe.

Kobieta wciąż była wstrząśnięta dokonanym odkryciem. W jej głowie huczało cały czas tylko jedno słowo: PRZYPADEK