Taka sobie dziwna historyjka

Pani Leokadia od zawsze twierdziła, że pochodzi ze szlacheckiego rodu. A to – jak zawsze dobitnie podkreślała – do czegoś zobowiązuje zarówno ją, jak i jej krewnych, a  zwłaszcza potomków w prostej linii.

Nikt dokładnie nie wiedział, ile seniorka rodu ma lat, ani skąd w jej rękach znalazł się niewielki, nieco już podupadający kondycyjnie, ale ładny dworek. Leokadia uspokajała wątpliwości zapewniając, że ma wszystkie niezbędne dokumenty potwierdzające własność, ale póki żyje, nikogo nie powinno interesować, gdzie je trzyma.

Rodzina wydawała się bardzo szanować swoją najstarszą członkinię, liczyła się z jej zdaniem i często przychodziła do niej po radę. Nawet taka sprawa jak nadanie nowo narodzonemu dziecku imienia, nie mogła się obyć bez absolutnej akceptacji Leokadii.

– Trzeba pamiętać, skąd się wywodzimy – uzasadniała swoje wybory w tej kwestii starsza pani. – Potomek szlachetnego rodu powinien nosić godne, poważnie brzmiące imię, z tradycjami nadawania w wyższych sferach. – A trzeba przyznać, że Leokadia doskonale orientowała się w tematyce imion.

Biorąc pod uwagę ogólnie znane przywiązanie starszej pani do zgromadzonych przedmiotów, także – według niej związanych z historią rodziny – oraz do pewnych zasad, wszyscy doznali tym większego szoku, kiedy pewnego dnia seniorka zniknęła. Zabrała ze sobą tylko jedną walizkę na kółkach i podręczną torebkę. Rodzinie zostawiła tylko jedno zdanie wykaligrafowane na jej eleganckiej papeterii:

Muszę odpocząć; nie martwcie się i nie szukajcie mnie –

                                                                                                                                         L.

Krewni, nie bacząc na dotychczasowy respekt i szacunek dla Leokadii, rzucili się od razu do poszukiwania dokumentów stwierdzających własność domu, pochodzeniu rodziny (w razie, gdyby im coś z tego tytułu przysługiwało), pieniędzy i kosztowności..

Niestety, każda kolejna znaleziona skrytka przynosiła szukającym zawód. Starsza pani popozostawiała w tych sekretnych miejscach małe kolorowe karteczki z napisami: Niespodzianka!, Figa z makiem, Tu też nic nie ma, Przyjemnego dnia!, itp.

Obrazy wiszące na ścianach okazały się być reprodukcjami lub dziełami mizernych albo po prostu nie cenionych malarzy. Tak wspaniale błyszcząca, zawsze wypolerowana „najlepsza zastawa” okazała się być zaledwie posrebrzana, a ta porcelanowa na dwadzieścia cztery osoby znikła nie wiadomo kiedy, może jeszcze zanim Leokadia opuściła dom.

***

Pewnego czerwcowego popołudnia na statek wypływający we wspaniały rejs „Do wysp bezludnych lub dokąd oczy poniosą”, wsiadła elegancko ubrana, dostojna dama, której wiek trudno było określić. Miała ze sobą jedną ogromną walizkę na kółkach i przepastną torbę podręczną zawieszoną na ramieniu. Posiadała bilet pierwszej klasy z przypisanym do niego stolikiem w średniej z trzech restauracji, w której podawano wyłącznie dania kuchni europejskiej. Kobieta zachowywała się zawsze dystyngowanie i często wypowiadała się w staromodny sposób. Odzywała się tylko wtedy, kiedy ktoś faktycznie chciał wysłuchać tego, co miała do powiedzenia. Umiała obserwować ludzi, słuchać i wyciągać trafne wniosku, więc wkrótce zaczęła się cieszyć szacunkiem współpasażerów.

Trzeciego wieczoru rejsu okazało się, że starsza pani świetnie tańczy i od tego czasu przy okazji każdego wieczorku tanecznego, nie mogła opędzić się od chętnych, którzy chcieli z nią zatańczyć.

I tak mijały dni i tygodnie. Kiedy statek dotarł do celu i pasażerowie wysiedli, po starszej pani wszelki ślad zaginął, mimo że wielu współpasażerów chciało się z nią wymienić adresem lub chociaż numerem telefonu.

***

Tymczasem rodzina sprzedała za marne grosze wyposażenie domu. Co do samego budynku, nikt nie był w stanie udowodnić, komu tak naprawdę się należy i z jakiego dokładnie tytułu, bo nadal nie było żadnych dokumentów. Dlatego też, aby uniknąć urzędowych nieprzyjemności i problemów, krewni Leokadii, nawet ci najbliżsi, przestali odwiedzać jej niegdysiejszy dom, który dość szybko zarósł bujną roślinnością i przestał być widoczny od strony ulicy.

Pięć lat później, kiedy tą posesją zupełnie nikt się nie interesował, a sąsiedzi zaakceptowali zarastający ją gąszcz do tego stopnia, że nikt nie interesował się, kto jest za całą działkę odpowiedzialny, przed bramą stanęła ekscentrycznie wyglądająca osoba. Była to elegancko, choć staromodnie ubrana kobieta, której wiek trudno było określić nawet w przybliżeniu.

Przyjechała tu samochodem wyładowanym walizkami, za którego kierownicą sama zresztą siedziała, nie mając najwidoczniej kierowcy.

Miesiąc później dom i jego najbliższe otoczenie zostały doprowadzone do porządku, a jego mieszkanka każdemu zainteresowanemu mogła spokojnie okazać komplet dokumentów stwierdzających, że jest jego prawowitą właścicielką.