Teatr cieni

Staram się nigdy nie spać w podróży – kto wie, z kim się jedzie… Starsza pani może wyglądać niewinnie, ale być kleptomanką, a pod maską eleganckiego i statecznego pana czasem ukrywa się ktoś nieobliczalny. Ale tym razem mnie po prostu zmogło.

Zwolniłam się wcześniej z pracy, żeby zdążyć na pociąg.  Wpadłyśmy z kilkoma znajomymi z różnych krajów na pomysł, że wybierzemy się w ten weekend do teatru w jednym z europejskich miast. Każde z nas jest z innego państwa, poznaliśmy się w necie na jednym z forów związanych z zainteresowaniami filmowymi. To szalony pomysł – jechać kilkaset kilometrów, pójść do teatru, pogadać, chwilę gdzieś kimnąć i zaraz musieć wracać. Ale zwariowana decyzja została podjęta i przystąpiłyśmy do jej realizacji. Wszystko sobie dokładnie sprawdziłam – także jak porusza się po mieście, do którego się udawałam na spotkanie; wiadomo – trema trochę dawała o sobie znać – daleka podróż, osoby, które po raz pierwszy spotka się w realnym świecie… Dużo nowości. Zwłaszcza dla mnie – domatorki, która jeszcze nigdy nie jechała tak daleko.

Zasiadłam w pociągu. Wprawdzie zawsze dosiadam się do pewnie wyglądającego towarzystwa, ale nie należy osądzać książki po okładce, a pierwsze wrażenie bywa złudne – tym bardziej, jeśli jest dobre. Starałam się więc zachować przytomność, choć wraz z biegiem czasu robiło się to coraz trudniejsze.

Trudno powiedzieć, czy to zmęczenie – pracą, załatwianiem wyjazdu i stresem z tym związanym, czy zadziałało coś jeszcze; grunt, że jednak mi się kimnęło. Na chwilkę tylko… Miarowy stukot kół i widok nadciągających deszczowych chmur na zewnątrz  dokończyły dzieła.

Kiedy jednak głowa pochyliła mi się do przodu, zaraz po tym, kiedy zasnęłam, ocknęłam się. Tak mi się przynajmniej wydawało. Oczywiście trochę mnie zaskoczył fakt, że już minęliśmy obie granice, które mieliśmy w tej podróży przekroczyć – skóra mi cierpła na samą myśl o tym, że mogłam spać tak długi czas i nawet tego nie zauważyć; odganiałam więc tę natrętną myśl jak mogłam uznając, że drogę przed zaśnięciem przejechałam po prostu na wpół czuwając, zanim zapadłam w krótką drzemkę i tylko dlatego nie zauważyłam upływu czasu i drogi.

Wszyscy moi współpasażerowie powoli zaczęli się przygotowywać do wysiadania. Był wczesny wieczór, a właściwie ta pora między późnym popołudniem a początkami wieczoru, kiedy życie zaczyna płynąć zupełnie innym rytmem. Nie padało, jednak chmury zasnuwały niebo, dając dziwne światło – czasem beżowe, czasem szarawe. Wszystko zresztą wydawało się przez to pozbawione barw. Wysiadłam, postawiłam bagaż podręczny obok siebie. Wyjęłam notes, w którym skrupulatnie zapisałam wskazówki, jak trafić pod teatr – akurat pociąg przyjechał na około godzinę przed rozpoczęciem spektaklu. Miałam przejechać trzy przystanki tramwajem numer 47, w stronę centrum.   Na właściwy przystanek trafiłam nadzwyczaj łatwo. Plecak też przestał ciążyć, zmęczenie gdzieś znikło, podobnie jak zdenerwowanie i stres przed spotkaniem; nie denerwowałam się nawet o poziom mojego angielskiego. Wszystko zaczęło iść tak łatwo… niepokojąco łatwo… Ale ja na to nie zwracałam uwagi. Tramwaj nadjechał i wsiadłam. Przystanki okazały się nieco dłuższe niż te, które mieliśmy w moim mieście. Minęliśmy duży plac wykładany kocimi łbami, szerokie ulice, a po drugim przystanku wjechaliśmy w dość wąską uliczkę – po obu jej stronach stały kilkupiętrowe kamienice wyglądające na starsze niż osiemdziesiąt – sto lat.

Obydwa chodniki – lewy i prawy – były wąziuteńkie, a pomiędzy nimi było miejsce tylko na torowisko tramwajowe. Mimo małej ilości miejsca, trotuary były zapełnione przechodniami.

Wysiadłam na wskazanym w notatkach przystanku. Zobaczyłam już nawet w oddali teatr i kilka osób przed nim – głównie kobiet w różnym wieku; pośród nich były z pewnością moje znajome. Dwie z nich od razu poznałam, jako że widziałam je wcześniej na zdjęciu. Już zaczęłam zmierzać w ich kierunku, kiedy nagle uświadomiłam sobie, że zapomniałam sprawdzić, o której mam pociąg powrotny. Zawahałam się chwilę – przecież po spektaklu mogę zaproponować, żeby ktoś ze mną się przeszedł na stację… Ale nie, nie będę w stanie spokojnie obejrzeć sztuki, jeśli cały czas będę o tym myśleć, poza tym może się okazać, że pociąg mam dopiero rano, może więc uda się przekimać w hotelu, w którym zatrzymało się kilka moich znajomych, które mogą sobie pozwolić na nieco dłuższy pobyt w tym mieście.

Przeszłam na drugą stronę i popatrzyłam na rozkład jazdy tramwajów… No nie! Po 18.30 kursy były zaledwie dwa razy na godzinę i do następnego trzeba czekać dobrych dwadzieścia minut – a spektakl miał zacząć się za niespełna godzinę. Ruszyłam więc biegiem z powrotem. Biegłam wzdłuż torów tramwajowych, by się nie zgubić. Na szczęście zapamiętałam kilka charakterystycznych miejsc i elementów architektury mijanej po drodze. Na ulicach nadal wielu ludzi – snuli się sennie; panowie podtrzymywali panie pod ramię, dzieci grzecznie podążały za rodzinami – taka miejska idylla wieczorna. Nigdy nie widziałam aż tyle przechadzających się osób. Dziś zazwyczaj pędzą gdzieś spiesząc się niezmiernie, a jak już gdzieś wychodzą, to wolą przysiąść w ogródku; rzadko spotyka się aż tylu amatorów spacerów bądź co bądź już wieczorową porą. Skojarzyło mi się to z XIX, no może z początkami XX wieku.

Biegłam dalej, dobiegałam już do tego ogromnego placu, miałam przed sobą dwie ostatnie kamienice jakiejś uliczki z prawej strony, kiedy zdarzyło się coś niezwykłego. Kamienice wydały mi się szare. W jednej z nich widniała brama, sklepiona półokrągło. Dalej była sień na tyle długa i w dodatku nieoświetlona, że było w niej ciemno, że oko wykol. Za nią wdać było barierkę, jakby podwórko było obniżone o dobre dwa – trzy piętra, sądząc po kamienicy której skrawek widać było po lewej stronie. Trudno mi powiedzieć jak to się stało, że zapamiętałam tyle szczegółów. Stało się to tak po prostu… Nagle z bramy wyleciał duch! Była to kobieta – zdawała się być przeźroczysta, biało-szara. Miała włosy do połowy ramienia, rozczochrane, wystawały z nich pozrywane wstążki. Lekka sukienka wydawał się też być potargana, u dołu, między jej ponadszarpywanymi brzegami widać było bose stopy. Twarz ducha była przerażona, smutna, rozżalona… Spojrzała na mnie i w tej chwili wydawało mi się, że na całej ulicy jesteśmy tylko my dwie…Odezwała się do mnie, a jej głos przypominał dźwięk pękniętego dzwonu:  „Spójrz!” –  wskazała na bramę, a ja bez słów zrozumiałam, że chodzi o podwórko za balustradą – „Spójrz, co oni mi zrobili!!!”

Jej głos i wzrok były rozdzierające… Ścierpła mi skóra. Wiedziałam, że tam na dole stało się coś potwornego, ale nie… Nie chciałam tego widzieć… Oprawcy mogli tam jeszcze być… Popatrzyłam duchowi w oczy – „zawiadomię policję” – przemknęło mi przez głowę, a duch zdawał się słyszeć moje myśli, bo uleciał ku górze z ulgą wymalowaną na przeźroczystej twarzy.

Zaczęłam biec dalej; minęłam plac, a w oddali zamajaczył mi budynek dworca. Resztę drogi przebyłam tak szybko, że tego nie zauważyłam – nie pamiętam wiele z tego kawałka; cały czas widziałam przed oczami ducha kobiety. Na dworcu spojrzałam na rozkład – pociąg miałam wczesnym rankiem, czyli będę mogła się u kogoś ze trzy godzinki przekimać.

Zauważyłam też mały komisariat policji. Natychmiast się tam udałam, żeby dotrzymać danej kobiecie obietnicy. W środku nie było nikogo oprócz pełniącego dyżur policjanta. Zdenerwowana wydukałam po angielsku, że na podwórzu w szarej kamienicy na rogu placu chyba wydarzyło się coś złego, a policjant obiecał to sprawdzić. Kiedy ruszyłam – również biegiem – w drogę powrotną do teatru, radiowóz wyjeżdżał we wskazanym przeze mnie kierunku.

Na środku placu z zaskoczeniem zauważyłam moją siostrę. Wyprowadziła się z domu kilka lat wcześniej, mieszkała niedaleko naszego rodzinnego miasta z mężem i dwójką dzieci, ale ostatnio nie mówiła, że miała gdzieś wyjechać i to za granicę. Nie miałam już czasu na pogawędkę – do spektaklu zostało około dziesięciu minut. Siostra zdążyła mi tylko powiedzieć, że jest tu ze znajomą – przyjechały dziś rano, a jutro wyjeżdżają – kiedy znajoma załatwi pewną sprawę rodzinną. Pomachałam jej na do widzenia, sama się sobie dziwiąc, że nawet nie uścisnęłam jej ręki – przecież zawsze mimo wszystko byłyśmy w dobrych stosunkach.

Zaraz jednak zapomniałam o tym, gdyż dobiegłam do ulicy, przy której mieścił się teatr. Zaczęłam przeciskać się przez tłumek widzów przed wejściem. Na małym korytarzyku wewnątrz kłębił się większy tłum – pośród widzów byli też aktorzy, których poznałam po strojach. Zdziwiła mnie ich obecność tutaj, ale cóż – może to jakiś lokalny zwyczaj? Nie zwlekając ruszyłam ku wejściu na widownię. I tu stanęłam jak wryta.

Byłam przygotowana na tradycyjną salę z rzędami foteli lub wygodnych krzeseł, tymczasem ukazała mi się tonąca w skąpym świetle salka, w której tu i ówdzie poniewierały się twarde krzesła z oparciem – dobre do kawiarni, ale na pewno nie do teatru. Udało mi się dojrzeć kilka moich znajomych – stały i rozmawiały zawiedzione. Dostrzegły mnie. Przywitałyśmy się, a jedna – mimo moich protestów – podała mi krzesło. Nie zrozumiałam dobrze, ale z jakiegoś powodu aktorzy odmówili gry. Znużenie, którego od czasu, kiedy wysiadłam z pociągu, gdzieś znikło, teraz powróciło ze wzmożoną siłą. Zaczęłam zasypiać. Po chwili wydało mi się, że słyszę stukot pociągu. Co śmieszne, po kolejnej minucie poczułam jakbym faktycznie jechała. Głowa znów mi opadła i przebudziłam się. Ze zdumieniem zauważyłam, że siedzę w pociągu. Spojrzałam na zegarek – jechaliśmy dopiero trzy kwadranse